niedziela, 19 listopada 2017

Leena Krohn, Tajemnice

Z moich prywatnych obserwacji wynika, że nazwisko Leeny Krohn pojawia się najczęściej w odpowiedzi na pytania w rodzaju, który pisarz wzbudził w Tobie zainteresowanie literaturą fińską albo którego fińskiego pisarza chciał(a)byś tłumaczyć. Mimo że książki Krohn zostały dotychczas przetłumaczone już na 21 języków, to często w grę wchodzą tylko pojedyncze tytuły, np. Pelikan, najczęściej przekładana książka Krohn dla dzieci oraz Tainaron, najbardziej znana powieść dla dorosłych. Tak się szczęśliwie składa, że po polsku ukazały się obie i to dwukrotnie (a żeby było śmieszniej, niemal jednocześnie, najpierw w 2008, a później w 2016 roku): Pelikan nakładem wydawnictwa Dwie Siostry w moim tłumaczeniu, a Tainaron w tłumaczeniu Sebastiana Musielaka najpierw wydany przez Świat Książki, a później w wersji elektronicznej przez Wolny Tor. Dodam, że wersja e-bookowa została poprawiona, wzbogacona o dwa niepublikowane wcześniej listy oraz posłowie autorstwa Justyny Polanowskiej, która jest chyba najlepszą w Polsce – przynajmniej moim zdaniem – znawczynią takiego literackiego nurtu jak finnish weird. Dodam też, że zarówno Tainaron jak i cztery inne świetne fińskie tytuły można będzie jeszcze przez chwilę zakupić za grosze za pośrednictwem bookrage.org Gorąco polecam!

Ale dość reklam, choćby i najpotrzebniejszych. Muszę dziś napisać parę słów o książce, o której nie mogę od dłuższego czasu przestać myśleć. Jest równie magiczna i niejednoznaczna jak Pelikan i Tainaron. A jednak z jakichś powodów dotychczas żadnych z zagranicznych wydawców nie zdecydował się na zakup jej praw. Nie mam pojęcia, jak to możliwe, bo moim zdaniem Tajemnice mają to wszystko, czego czytelnik spodziewa się po dobrej książce. A więc tajemnice właśnie, piękny język, niedopowiedzenia, szczyptę humoru, garść melancholii… Książka składa się z pięciu opowiadań, które powinnam pewnie nazwać baśniami, choć i to określenie wydaje mi się nazbyt… płaskie? Każdemu z tytułów można zresztą przylepić odmienną metkę, Nowa Opabinia reprezentuje więc coś w rodzaju fikcji spekulatywnej, Mare Serenitatis – science fiction, Mój dom na głębokościach może przywodzić na myśl realizm magiczny. Teksty te mają różną długość, od kilku stron (Niewidzialna gwiazda) do czterdziestu (Mare Serenitatis). Zmieniają się też narratorzy, raz jest to dziewczynka, raz chłopiec – i chyba właśnie dziecięcy punkt widzenia sprawia, że książka ta znajduje się na półce dla młodszych czytelników. Nie zmienia to faktu, że satysfakcję z lektury czerpie także dorosły czytelnik, jak zresztą ma to miejsce zawsze w przypadku wartościowej literatury dziecięcej.



Tytuł tego zbiorku może być kluczem do odczytania wszystkich tekstów. Tajemnic jest jednak znacznie więcej niż samych opowieści. Dotyczą one i czasu, i przestrzeni, i zakamarków ludzkiego umysłu. Czym właściwie jest człowiek, co to takiego – dusza? Czy istnieje uniwersytet, na którym można studiować największe ludzkie sekrety (gdzie spędziłeś, drogi czytelniku, swoje poprzednie życie i jak nauczyć się czytać cudze myśli?) – i czy to one właśnie są największe? Co jest prawdą i po czym to poznać? Może po lekturze tej książki więcej w nas pytań niż odpowiedzi, ale nie zmienia to faktu, że chce się do niej powracać. Mimo ryzyka pojawienia się kolejnych pytań.

Nie umiem zdecydować, która z tych opowieści pociąga mnie najbardziej, czy ta o ciotce, która zamieszkała na Księżycu (Mare Serenitatis), czy o dziewczynce, która zakupiła w sklepie zoologicznym żyjątko, które okazało się ostatnim być może na świecie okazem opabinii. (Opabinia, jak wyczytuje później właściciel sklepu, wymarła 500 milionów lat temu, wygląda więc na to, że Julia ma w rękach sensacyjne znalezisko). Ciotka postanawia zamieszkać na Księżycu, bo nuży ją ludzki harmider, jest więc egoistyczna czy wierna sobie? Księżyc, jako element zbędny, zostaje jednak zniszczony, co pociąga za sobą niebagatelne skutki. Jak daleko sięgają granice ludzkiego poznania i czy człowiek faktycznie jest budowniczym czy raczej niszczycielem świata? Z kolei w Nowej Opabinii Julia postanawia uratować swoją Mathildę – jak nazywa świeżo zakupione żyjątko - przed badaniami naukowców i wyrzuca ją do stawu. Lekkomyślność to czy empatia?

Pojawiają się tu zatem motywy znane już czytelnikom wydanych w Polsce powieści Krohn, ale dochodzą też nowe. Dla mnie lektura jakiegokolwiek tytułu autorstwa Leeny Krohn to prawdziwa uczta: dla ucha (bo język!) i ducha (bo cała reszta!). Znów chciałoby się napisać: wydawcy! Kupujcie! Takiej książki jeszcze na polskim rynku nie było! Ale mam wrażenie, że myśli wydawców chadzają równie tajemniczymi ścieżkami jak kolejni bohaterowie tej autorki. A poza tym w przypadku tego akurat zbiorku nie wypada krzyczeć.


Muszę jeszcze dodać, że od dawna chciałam napisać na tym blogu także o Pelikanie, który doczekał się kiedyś nominacji Dużego Donga, a kiedyś może zostaną zakończone prace nad filmem powstałym w oparciu o ten tytuł. Ale mam świadomość, że nigdy nie zdołam zrobić tego równie dobrze jak autorka bloga W Nieparyżu. Dzięki takim recenzjom chce się czytać i tłumaczyć więcej i lepiej, i bardziej. Zresztą oceńcie sami:  http://nieparyz.blogspot.fi/2016/08/pelikan-leeny-krohn-moje-stado-twoje.html



Leena Krohn, Tajemnice
Tytuł oryginału: Salaisuuksia
Tekst: Leena Krohn
Ilustracje: Inari Krohn
Wyd. Kirjayhtymä 1992. Obj. 103 s.
Nagrody: Topelius (1993)

piątek, 6 października 2017

Anne-Maija Aalto, Głęboka woda

Ten wieczór piętnastoletnia Taika i jej mama zamierzają spędzić razem, wylegując się na sofie i oglądając głupawe komedie. Do pełni szczęścia brakuje tylko popcornu, akurat wtedy kuchenna szafka świeci pustkami. Popcorn musi być, upiera się Taika, i mama wsiada do samochodu. Już nigdy się nie zobaczą.

Na polskich drogach łosie nie są zagrożeniem dla kierowców, ale koniec końców nie ma większego znaczenia, dlaczego ktoś umiera. Przez smutek trzeba jakoś przebrnąć, jakoś się z nim uporać, przetrawić go, ale nie dać się pochłonąć. Taika musi poradzić sobie nie tylko ze stratą matki i nie dającym spokoju poczuciem winy, ale też ucieczką ojca. Żaden inny bohater w tej książce nie powtarza równie często „przepraszam”. Nic jednak z owego przepraszania nie wynika. Ojciec Taiki niby wie, że nie powinien zostawiać nastoletniej córki pod opieką szwagierki i szukać szczęścia na drugim końcu świata, ale tak właśnie robi. Taika nawet nie czyta kolejnych maili, które dochodzą z Bali.

Zamiast tego próbuje się odnaleźć w nowej rzeczywistości. W domu trochę szalonej ciotki, w wielkiej nowej szkole i obcym mieście. Przybiera kolejne role, zakłada maski. Farbuje włosy, kupuje koronkową bieliznę. Czasem spędza czas z przyjaciółką z dawnego świata, na co dzień kręci się w towarzystwie kontrowersyjnej Matildy.


Jeden z tematów tej powieści to miłość nastolatki do przystojnego nauczyciela języka fińskiego. Taika jest wyjątkowo uzdolniona literacko i środowe zajęcia twórczego pisania, prowadzone przez wspomnianego Anttiego, dają jej okazję spędzać więcej czasu z tym, o którym nie może przestać myśleć. Tylko Antti dowie się o śmierci jej mamy. Wkrótce Taika pragnie obnażyć przed nim kolejne tajemnice – a także swe ciało.


Oczywiście sporo tu grząskich tematów, które mogą prowadzić na mieliznę zwłaszcza debiutującego pisarza. Bo jeśli do sieroctwa, poszukiwania tożsamości i zakazanych uczuć dodać jeszcze z jednej strony weekendowe melanże, a z drugiej – próby samobójcze… A jednak muszę zgodzić się z jedną z fińskich blogerek, która napisała, że w odniesieniu do tej książki słowo „piękna” jest zbyt wyświechtane. Pisze więc o jej poetyckości, o językowej wrażliwości Anne-Maiji Aalto. Zgadzam się z tą opinią. Sama też poryczałam się przy lekturze, choć warunki temu nie sprzyjały (kończyłam czytanie w trywialnym Subway'u).

Gdybym była wydawcą, opublikowałabym polskie tłumaczenie „Głębokiej wody” w jednej serii z opisywanymi tu wcześniej „Cudownym morzem” Kiry Poutanen i „Cięciem” Hanny Marjut Marttili. Jako dowód na to, że również dla nastolatków można pisać książki wartościowe i pozostające na długo w pamięci.

Tytuł oryginału: Syvään veteen
Tekst: Anne-Maija Aalto
Wyd. Otava, 2016. Obj. 253 s.

czwartek, 7 września 2017

Laura Ertimo, Satu Kontinen, Noc. Książka o śnie i tajemnicach ciemności

Rzadko na tym blogu piszę o książkach non-fiction, ale ta jest pod wieloma względami wyjątkowa. Wpadła mi w ręce przez kompletny przypadek: zauważyłam ją w pobliskiej bibliotece. Gdyby nie fakt, że ktoś z pracowników lub czytelników postanowił ją wyeksponować na regale, być może do tej pory nie wiedziałabym o jej istnieniu, tym bardziej, że nie znałam wcześniej nazwisk autorki tekstu ani ilustratorki. Nie wiedziałabym także, że żyrafy śpią zaledwie dwie godziny na dobę albo że ze wszystkich ssaków delfiny śnią najrzadziej.


Można tę książkę potraktować jako zbiór nietuzinkowych informacji związanych z nocą i spaniem, ale sprawdza się także jako tradycyjna lektura do czytania dziecku na głos – na przykład na dobranoc. Można ją smakować strona po stronie, można skakać po rozdziałach. Można pochłonąć od deski do deski, można wracać do tych samych fragmentów wielokrotnie. Można też wcale nie czytać, jak robi to często moja czteroipółlatka, a jedynie oglądać ilustracje. Oglądać i podziwiać, bo ilustracje też są tu świetne, o czym przekonuje już sama choćby okładka. 


Wielu blogerów chwali tę książkę i za tekst, fascynujący zarówno najmłodszych, jak i starszych czytelników – i za ilustracje. Rzadko kiedy książka dla dzieci jest czarno-biała, w tym przypadku dwa kolory wystarczą, by rozpalić serce. I pewnie również dzięki wysmakowanym, artystycznym obrazom (bo ⹂rysunek” to stanowczo zbyt skromne określenie) aż żal chować tę pozycję w pokoju dziecięcym.

Książka składa się z pięciu rozdziałów, w których poznajemy najróżniejsze tajemnice nocy. Jest tu i astrologia, i biologia, jest miejsce na opowieści australijskich aborygenów, ale też wyjaśnienie, dlaczego należy kłaść się spać, nawet jeśli ma się ochotę nadal się bawić. Któregoś z czytelników może zafascynować tryb życia odmieńców jaskiniowych, ktoś inny będzie być może chętniej czytał o tajemnicach gwiazd i wybrykach Księżyca. A jak jest ze snami, czy robaki też śnią? A drzewa? Podejrzewam, że każdy znajdzie tu coś, co go zainteresuje – i to niezależnie od wieku. Laura Ertimo i Satu Kontinen są autorkami również książki o wodzie.

Tytuł oryginału: Yö. Kirja unesta ja pimeän salaisuuksista
Tekst: Laura Ertimo
Ilustracje: Satu Kontinen
Wyd. Myllylahti, 2016. Obj. 116 s.

środa, 30 sierpnia 2017

Riina Katajavuori, Salla Savolainen, Chodźmy wreszcie do sąsiadów

Ta książka jest tak świeża, że nie zdążyła jeszcze trafić do księgarń. Dziś właśnie, w przedostatni dzień sierpnia, mieliśmy przyjemność uczestniczyć w przyjęciu promocyjnym zorganizowanym przez wydawnictwo Tammi. Razem z nami w imprezie więły udział inne rodziny, które trafiły do tej niezwykłej książki. Autorkami są pisarka Riina Katajavuori oraz ilustratorka Salla Savolainen. O dziecięcy punkt widzenia zadbała Vellamo, ośmioletnia córka Riiny. Ta trójka w ciągu bieżącego roku odwiedziła osiemnaście rodzin mieszkających na terenie aglomeracji Helsinek. Wśród gospodarzy znaleźli się przedstawiciele m.in. Jemenu, USA, Rosji, Filipin, Etiopii… Polskę zaprezentowałyśmy my z córką.


”Ludzie są całkiem fajni, jeśli ma się odwagę ich poznać – stwierdza Vellamo. – I chyba nie ma większego znaczenia, kto skąd przyjechał”.




Różnice oczywiście czasem widać. W rzadko którym domu stoi prawdziwy tron – jak w salonie pewnej ghańskiej rodziny. Tata piętnastoletniego Eugenego jest bowiem królem mieszkających w Helsinkach przedstawicieli plemienia Akan. I zapewne rzadko która fińska kuchnia jest wyposażona we własną miniświątynię – jak ma to miejsce w nepalskiej rodzinie Karuny. W domach tytułowych sąsiadów podaje się egzotyczne potrawy, w powietrzu unoszą się zapachy inne niż w typowym fińskim mieszkaniu. Ale z drugiej strony – Edna o etiopskich korzeniach nosi kapcie z wizerunkami Frozen, Vy z Wietnamu uwielbia bawić się klockami Lego, a Livija, która ma mamę Łotyszkę i tatę Włocha, wieczorami gra z bratem w Monopol…

Dla dziecięcych bohaterów tej książki oczywiste jest posługiwanie się przynajmniej dwoma językami, a wspomniana już Karuna mówi nie tylko po fińsku i nepalsku, lecz także po angielsku, w języku hindi i trochę po francusku. Czasem kwestie lingwistyczne są dość skomplikowane; potrzeba diagramu, by wyjaśnić, kto w jakim języku zwraca się do kogo w grecko-brazylijskiej rodzinie Niny i Sofii. Z diagramu wynika, że jedynym członkiem rodziny, do którego wszyscy mówią tylko i wyłącznie po portugalsku, jest pies Krystal.

Na rozkładówce poświęconej polsko-fińskiej rodzinie jest mowa oczywiście także o naszym sznaucerze miniaturce, który szczeka tylko na dźwięk dzwonka do drzwi. Padają różne formy imienia Mordy, a także wyjaśnienie, dlaczego ma teraz przydługie futro.

Pojawiają się rzecz jasna także poważniejsze tematy. Niektóre z dzieci mają za sobą miesiące spędzone w ośrodkach dla uchodźców. Ahmed z Iraku wciąż jeszcze się wzdraga na dźwięk hałasów dochodzących np. z placu budowy. Ale takie kwestie padają raptem w zdaniu, jednym, może dwóch. Również dlatego ufam, że dla rodziców czytającym swym dzieciom ”Chodźmy wreszcie do sąsiadów” ta lektura stanie się pretekstem do prowadzenia rozmów na dziesiątki inspirujących tematów. Czytelnicy znajdą w niej też przepis na islandzkie ciasteczka mamy Leóny, informację o tym, co różni sambosę somalijską od indyjskiej albo arabskie przysłowie o cierpliwości. Każdy z tekstów oprócz narracji prowadzonej przez Vellamo albo jedno z ”sąsiedzkich” dzieci zawiera nietypowe informacje o kraju, który reprezentuje dana rodzina. Czy wiecie na przykład, ile czasu zajmuje etiopskiej mamie zaplecenie córeczce warkoczyków? Skąd się wzięła nazwa Filipin? Albo jak Rosjanie przezywają Białorusinów?

Wielokulturowość to temat ważny i zawsze aktualny. To, że polska polityka imigracyjna różni się od fińskiej nie zmienia faktu, że ta książka z pewnością zainteresuje czytelników niezależnie od miejsca zamieszkania. Jestem przekonana, że w przeciwieństwie do pierwszej wspólnej książki Katajavuori i Savolainen (”Chodźmy już do domu” z roku 2007 – też świetna), która została przetłumaczona tylko na język niemiecki, ta pozycja doczeka się wielu, wielu przekładów. Oby także na język polski.

Tekst: Riina Katajavuori, 
Ilustracje: Salla Savolainen
Tytuł oryginału: Mennään jo naapuriin
Wyd. Tammi 2017, s. 44

piątek, 18 sierpnia 2017

Mari Mörö, Marjo Nygård, Świat w sam raz

Kojarzyłam Mari Mörö jako autorkę powieści i zbiorów opowiadań dla dorosłych, ale okazuje się, że ma w dorobku również sporo pozycji dla najmłodszych. Jedna z nich urzekła mnie szczególnie.

”Świat był dla niego miejscem, które można uporządkować dzięki pomiarom” – to wyjęte z kontekstu zdanie najlepiej określa sposób myślenia głównego bohatera tej książeczki. Vähky – bo tak nazywa się bohater (w tłumaczeniu na pewno otrzymałby nowe imię, przyjaźniejsze dla małych słuchaczy i czytających im na głos rodziców) rozpoczyna każdy dzień od mierzenia. Mierzy najpierw wyśnione sny. Potem swój dom, od ściany do ściany, od podłogi do sufitu. A także drzewa, drogi, przechodniów i ich psy – jeśli mu nie uciekną. Szczególnej dokładności wymaga liczenie kropel deszczu czy płatków śniegu. Jeśli Vähky otrzyma list czy gazetę, to jasne jest, że policzy w nich wszystkie litery, a potem starannie zapisze je w pamięci.


Pomimo uderzającej dokładności, rzetelności i pracowitości Vähky nie spotyka się ze specjalnym uznaniem otoczenia. Dzieci mają go za dziwaka, choć same nie wiedzą nawet, ile drzew rośnie na klonie, o który zaczepił się latawiec. Sprzedawca w kwiaciarni nie rozumie, jak ważna jest liczba kolców pojedynczej róży. W zupełności mu wystarcza, że róże są piękne i ładnie pachną.

Pewnego poranka Vähky nie może się skupić na liczeniu snów. Głowa pęka mu z bólu i ostatkiem sił udaje mu się zmierzyć kilka najniezbędniejszych przedmiotów i odległości. Dzwoni też do lekarza, który wyznacza mu wizytę na trzecią.

Vähky ma w domu mnóstwo miar i wag, ale zegar to dla niego abstrakcja. Czy godziny mierzy się w metrach? Na szczęście zegarki można kupić, a sympatyczna sprzedawczyni wyjaśnia, w jakiej pozycji powinny być wskazówki, gdy wybija trzecia.

”- Stokrotne dzięki – powiedział Vähky. – Choć szczerze mówiąc nie mam teraz siły ich liczyć”.

Wizyta u lekarza okazuje się przełomowa. Z głowy pacjenta wypadają strumieniami cyfry i liczby, zapełniają kolejne wiadra (ile ich może być?!) i sprawiają, że wyczerpany Vähky zapada w sen. Kiedy się budzi, lekarz stanowczo zakazuje mu dalszego liczenia i każe wyrzucić z domu wszystkie miarki i wagi.

Vähky stosuje się do wszystkich zaleceń i – ach! Nagle się okazuje, że świat jest w sam raz właśnie taki, jaki jest. Wystarczy, że drzewo to drzewo, a sąsiadka to sąsiadka. List, który mu wcześniej wysłała, zawierał oprócz konkretnej liczby liter zaproszenie, z którego Vähky dopiero teraz potrafi skorzystać. Jak wspaniale, że świeci słońce! Może tych słońc jest nawet więcej, nieważne. Ważne, że nieprzebrane światło budzi w Vähkym radość.

Historia jest prosta, ale może stać się zaproszeniem do fascynujących rozmów na temat sensu życia. I przypomnieć również nam, dorosłym, że wcale nie tak ważne jest, ile kroków wyliczy nam dzisiaj krokomierz. Albo ile lajków nazbiera jakiś post o konkretnej liczbie słów.


Ilustatorka Marjo Nygård została wraz z Tuulą Korolainen uhonorowana nagrodą Finlandia Junior za książkę ”Kuono kohti tähteä” (”Pyszczkiem ku gwiazdom”). 

Tekst: Mari Mörö
Ilustracje: Marjo Nygård
Tytuł oryginału: Ihan sopiva maailma
Wyd. Lasten Keskus 2008, 30 s.

czwartek, 3 sierpnia 2017

Mari Kujanpää, Emma

Dla takiej książki reaktywuje się zapomniane blogi – przeszło mi przez myśl już gdzieś w początkowych partiach lektury. Druga połowa książki nie pozwalała przerwać czytania ani na chwilę. W którymś momencie zorientowałam się, że dawno minęła północ, a po policzkach płyną mi łzy. Płyną i płyną i nie chcą przestać.

Powieść Mari Kujanpää nie jest jednak żadnym wyciskaczem łez – a przynajmniej nie w tradycyjnym tego słowa rozumieniu. Jeśli już ją szufladkować, powiedziałabym, że mamy tu do czynienia ze świetną powieścią psychologiczną oraz po trosze rozwojową. Niezbyt standardowe określenia w przypadku książek, których bohaterką jest 11-latka, prawda? Cóż, sama Emma też nie jest standardowa. Daleko jej do zwykłości, choć właśnie zwykłość odgrywa tu niebagatelną rolę.



Czytelniczki i mamy czytelniczek, czy marzycie lub marzyłyście o tym, by zostać księżniczką? O pięknych sukniach i lemoniadzie, którą przynosi wam kelner, kiedy leżycie na hamaku? Zapewne tak. Takie marzenia miała kiedyś także Laura, ciocia Emmy, a także jej mama … Ale sama Emma swoje pragnienia zapisuje w zeszycie mało czytelnym pismem. A potem, na wszelki wypadek, zamazuje je czarnym pisakiem. Pierwsze takie: mieć prawdziwą rodzinę – rodzinę, w której są tata, mama i dzieci, szufladki na rękawiczki i wyznaczone dni do sprzątania. Po drugie Emma marzy o tym, by być odważną, tak jak Fredrika, która mieszka w sąsiedztwie albo Leena z domu dziecka. Trzecie marzenie jest może najbardziej wstydliwe: żeby wreszcie się skończyło wieczne mycie rąk i sikanie do łóżka.

Obsesyjne mycie rąk i – rzadkie, ale jednak pojawiające się – moczenie nocne to chyba jedyne namacalne ślady, jakie doświadczenia Emmy odcisnęły na dziewczynce. Doświadczenia te najbardziej wpłynęły na jej psychikę, na życie uczuciowe i towarzyskie. Emma wciąż balansuje między potrzebą samotności i chęcią ucieczki a pragnieniem normalnego funkcjonowania wśród innych. Jej historia opowiedziana jest głównie poprzez relacje z innymi: relacje kalekie, trudne, wymagające dalekowzroczności od małej bohaterki. Pierwszy z brzegu przykład: jeśli pójdzie na urodziny jednej koleżanki, to czy inne koleżanki się nie obrażą?

Tak zwykle nie myślą „normalne” dzieci. Tak może myśleć wrażliwa jedynaczka, której mama jest ćpunką. Ale, tak mi się wydaje, mama Emmy mogłaby być równie dobrze prostytutką albo mieć kryminalną przeszłość (lub teraźniejszość). Mogłaby być alkoholiczką albo mieć nieleczoną schizofrenię, cokolwiek, co wyróżniałoby ją od tych „prawdziwych” mam, które każą wieczorem zjeść kolację i umyć zęby. Takich mam nie trzeba się wstydzić.

Początkowo czytelnik wie o matce Emmy bardzo niewiele, tyle tylko, ile wymsknie się w myślach lub słowach Emmie, która wolałaby wszystko zapomnieć. Z czasem postać konkretyzuje się, pojedyncze sceny z przeszłości powracają w pamięci dziewczynki, a raz czy drugi Emma zdradza nawet cokolwiek dziadkom, u których mieszka albo dziewczynce z sąsiedztwa, która z siostry prawie-że-przyjaciółki przeradza się w kogoś bardzo ważnego. Mama pojawia się w opowieści jednej ze znajomych babci – jak wspaniale usłyszeć o niej cokolwiek pozytywnego! Pojawia się wreszcie fizycznie, najpierw odwiedza Emmę i swych rodziców w towarzystwie pani z opieki społecznej, potem sama. Grają razem z Emmą w badmintona, to dobry sposób na wspólne spędzenie czasu, bo podczas rozgrywki jest się trochę razem, ale trochę osobno. I nie trzeba zbyt wiele mówić – mówienie zawsze sprawiało Emmie trudności.

Nie, oczywiście nie jest tak, że mama nagle zdrowieje i rozpoczynają z córką nowe wspaniałe życie. Mari Kujanpää nie prowadzi swojego czytelnika na skróty w trosce o happy end. Emma to postać z krwi i kości, za dużo przeżyła, żeby z miejsca wybaczać brak normalnego dzieciństwa i za bardzo wrosła w nowe miejsce, by je rzucać i zaczynać wszystko jeszcze raz. Może kiedyś.

Po raz pierwszy spotkałam się z twórczością Mari Kujanpää przed laty, gdy jej powieść dla dzieci „Ja i Muro” zdobyła w 2010 roku nagrodę Finlandia Junior. Już wówczas zrobiła na mnie wrażenie pogłębiona psychologia postaci, przedstawiona jednak w sposób zrozumiały dla najmłodszych czytelników. Pamiętam jednak, że ze względu na niewspółmierność wieku bohaterki do długości tekstu zdecydowałam się nie proponować tego tekstu polskim wydawcom. W przypadku książki o Emmie nie ma tego problemu. Rówieśniczki tej bohaterki bez problemu pochłoną blisko 200-stronicową powieść. To ważna i mądra książka, a jej jedyny mankament to w moim przekonaniu tytuł. Dosłowne tłumaczenie („Sekretne pragnienie Emmy”) brzmi beznadziejnie harlequinowo. „Ukryte marzenie” nie lepiej. W niniejszym poście tytuł zastąpiłam po prostu imieniem bohaterki. Jeśli, miły czytelniku niniejszego tekstu, pomyślisz w pierwszym odruchu o Jane Austen, też dobrze – autorka „Dumy i uprzedzenia” to jedna z pisarek, o twórczości której jest mowa na kartach tej powieści.


Mam wielką nadzieję, że doczeka się polskiego tłumaczenia.

Tekst: Mari Kujanpää
Tytuł oryginału: Emman salainen toive
Wyd. Otava 2016, s. 189

wtorek, 30 sierpnia 2016

Kreetta Onkeli, Książka o chłopcu, który stracił pamięć

Dobra książka otwiera oczy. Wzrusza, rozśmiesza, intryguje, każe się zatrzymać, nie pozwala się zatrzymać albo wszystko to naraz. Trafia do wybrednych moli książkowych, uderza jak obuch w początkujących czytelników – albo jedno i drugie. Dobra książka pozostaje w głowie dłużej niż w rękach lub na ekranie. Do dobrej książki chce się wracać mimo istnienia innych dobrych książek. Jeśli wrócisz, mimo wszystko, a książka nadal spełnia powyższe wymogi, mam śmiałość nazwać ją bardzo dobrą.

„Książka o chłopcu, który stracił pamięć” jest bardzo dobra.



Z punktu widzenia tłumaczki dodam jeszcze jedno rozpoznawalne kryterium bardzo dobrej książki: czyta się ją z góry i/lub pod górkę, tłumaczy zawsze pod górę. Jakkolwiek pokrętnie to brzmi.

Poniżej próbka powstała w wielkich trudach:

Do tej pory Arto patrzył w górę. Teraz postanowił, że będzie utrzymywał wzrok na swojej wysokości. Na placu za Szklanym Pałacem nie było dzieci. Jedyne oczy będące na poziomie jego oczu, spoglądały w ziemię. Należały do żebraczki.  Bił od niej spokój. To dziwne, pomyślał Arto, bo przecież ręce i twarz ma brudne, połamane paznokcie, a ubrania jakieś takie staroświeckie. Jakby trochę... nie takie jak trzeba. Puchowa kurtka w upalny dzień? I jeszcze te filcowe kozaki, które kojarzą się od razu ze Świętym Mikołajem. Kozakom nigdzie się nie spieszyło; mijały je nogi ozdobione w najnowsze adidasy, skórzane botki i szpilki przypominające metalowe gwoździe. Kolorowe buty przeskakiwały i postukiwały, a kozaki szły. Ich właścicielka nie wydawała się ani trochę zmieszana, chociaż ze wszystkich mieszkańców Helsinek jej jest na pewno najgorzej.

A, jednak nie. Arto przypomniał sobie nagle, co go spotkało i poczuł, że spada na niego potężna ulewa rozżalonych myśli. Co tam ulewa, to był grad: grad żalu nad sobą! To on ma najgorzej. Nie dość, że stracił pamięć, to najwyraźniej nie pamięta go również nikt inny...  Zerknął znów na żebraczkę i poczuł dziwną siłę. Postanowił, że zachowa ten sam spokój, który wokół siebie roztaczała. Nawet jeśli niczego nie zdoła sobie sobie przypomnieć i nawet jeśli nie znajdzie nikogo znajomego, zachowa spokój. Popłoch na nic się nie przyda, przeciwnie; od tego może poczuć się tylko gorzej. A przecież nie jest tak do końca źle: wie przecież, że jest w swoim mieście rodzinnym, rozumie swój język ojczysty – fiński i nawet nie ma mrozów. Zachciało mu się śmiać, co to za szaleństwo jakieś!

- A gały ci nie wypadną?

- Słucham? – zapytał.

Spod brwi zerkał na niego jakiś chłopiec, trochę wyższy i znacznie okrąglejszy. Miał twarz upstrzoną pryszczami i spierzchnięte wargi. Obryzał paznokcie, choć Artowi wystarczył jeden rzut oka, by stwierdzić, że nie ma tam nic do obgryzania. Chłopiec miał na sobie wielki T-shirt, tak wielki, że sięgał mu do kolan, nad którymi kryły się pewnie krótkie spodenki. Chłopiec miał też długie, skołtunione włosy. Fajne. Też bym takie zapuścił, pomyślał Arto, gdyby mama mi pozwoliła... Mama!

(s. 9-10)

W 2013 roku „Książka...” została uhonorowana prestiżową Finlandią Junior, a prawa do niej zostały sprzedane do Turcji i Estonii. Ukazało się już tłumaczenie duńskie (autorstwa Siri Nordborg Møller).

Tekst: Kreetta Onkeli
Projekt okładki: Ninka Reittu
Tytuł oryginału: Poika joka menetti muistinsa
Wyd. Otava 2013, s. 110