niedziela, 22 kwietnia 2018

Reetta Niemelä & Katri Kirkkopelto, Zagadka Wszechgubiciela


Nie jestem wielką fanką kryminałów, ani tych dla dorosłych, ani dla dzieci. Sama przetłumaczyłam przed laty parę książek Jariego Mäkipää z serii o Klubie Detektywów Huragan, w których para bliźniaków rozwikłuje najróżniejsze zagadki. To były bardzo fajne pozycje i chętnie popracowałabym nad kolejnymi częściami z serii; intrygujący może być zwłaszcza „Klub Detektywów Huragan i grubiański youtuber”, który ukazał się w zeszłym roku. A jednak znacznie ciekawszy wydaje mi się nowy cykl autora, o którego pierwszej części „Masi Tulppa: Wstęp wzbroniony!” pisałam kilka miesięcy temu.

Tymczasem jednak wpadła mi w ręce niezwykle sympatyczna książka dla dzieci, która jest kryminałem z prawdziwego zdarzenia, ale dla czytelników młodszych niż ci, dla których adresuje swe książki Jari Mäkipää. Być może się mylę, ale wydaje mi się, że opowiastek detektywistycznych dla przedszkolaków lub uczniów pierwszych klas podstawówki można ze świecą szukać. Pewnie również dlatego „Zagadka Wszechgubiciela” zapadła mi w pamięć i postanowiłam napisać o niej parę słów na blogu.



Zapewne nie powinnam zdradzać, kto jest tytułowym gubicielem. Kto sprawił, że w miasteczku Zamęt wszystkim zaczęły ginąć różne rzeczy? Od tak trywialnych jak nazbyt ciężkie szkolne torby do tak niezwykłych jak kumkwaty czy drewniaki mrówek w liczbie sztuk: pięćset… To jeszcze nie wszystko. Milla Moherka i Turszula Turtulińska, dotychczas przyjaciółki, nagle się pokłóciły, a i inni mieszkańcy są okropnie podenerwowani i bez przerwy wydzwaniają ze skargami do Mikrusa Nerda. Mikrus Nerd jest mianowicie miejskim strażnikiem porządku i właściwie świetnie się sprawdza w tej roli – przynajmniej wówczas, gdy w Zamęcie nie ma żadnych zamętów, a więc niemal zawsze. Na szczęście jest jeszcze Ociupinek, który prowadzi tajemne biuro do spraw problematycznych. W świetle nowych wydarzeń biuro na gwałt potrzebuje nowego pracownika i w tej roli świetnie się sprawdza Bysio – pies, który niezbyt dobrze czyta, ale za do bardzo lubi naleśniki.




Naleśników w tej książce nie brakuje, bo Mikrus Nerd wyznaje tę samą filozofię co Mamusia Muminka: nad życiem znacznie łatwiej zapanować, gdy ma się pełen żołądek. Jeśli przywoływać inne klasyczne już postaci z fińskiej literatury dla dzieci, Mikrus Nerd, który jest stanowczo zbyt miły i strachliwy, by dobrowolnie zajmować się jakimikolwiek strasznymi przestępstwami, zapewne nie tylko we mnie przywołał wspomnienie pana Huczka stworzonego przez Hannu Mäkelä. Pan Huczek, przypomnę, zawodowo zajmuje się straszeniem, choć sam bardzo się boi… (O tym akurat czarodzieju dotychczas nie pisałam, ale „Koń, który zgubił okulary” tego samego autora był bohaterem pierwszej notki na tym blogu).

Tekst książki jest napisany dowcipnym, ale prostym językiem, a dłuższe wyrazy w trosce o tych, którzy dopiero rozpoczynają swą przygodę z samodzielnym czytaniem, zostały po-dzie-lo-ne na sy-la-by. Oprócz ciągłego tekstu czytelnicy znajdą tu np. rysopis potencjalnego przestępcy czy ogłoszenia autorstwa Ociupinka albo samego Mikrusa Nerda:

Szanowni Mieszkańcy!

Nasze miasto dręczą dziwne przypadki ginących przedmiotów. Niczym się nie martwcie. Zablokujcie drzwi i zamknijcie okna. A już zupełnie nie przejmujcie się żadnym przeraźliwym Wszechgubicielem, który ma czerwone oczy, długie pazury i je jednorożce, dzieci oraz naleśniki. Zabiera Wam Wasze ulubione chusteczki i inne takie. Zachowajcie całkowity spokój.

Pozdrawiam,
Wasz Strażnik Porządku,
Mikrus Nerd

Wpisane w narrację ogłoszenia czy listy na pewno ubarwią najmłodszym lekturę. Świetne są też ilustracje autorstwa Katri Kirkkopelto, która zadbała o to, by na twarzach wszystkich bohaterów – nawet tak małych jak Ociupinek – widać było cały wachlarz uczuć.

Ale największą zaletą tej książki jest na pewno takie przedstawienie wypadków, by najmłodsi czytelnicy słuchali lub czytali z zapartym tchem, nie czując jednak zbyt silnego strachu. Emocje, owszem, zaciekawienie i niepewność bez wątpienia, ale nikogo po tej lekturze nie będą dręczyć nocne koszmary. Czekamy z niecierpliwością na kolejne części!

Tekst: Reetta Niemelä
Ilustracje: Katri Kirkkopelto
Tytuł oryginału: Kaiken Kadottajan arvoitus
wyd. Lasten Keskus 2017, 52 s.

środa, 28 marca 2018

Sanna Mander, Zgubił się klucz

W książce Riiny Katajavuori i Salli Savolainen, o której pisałam już dwukrotnie (tutu) ośmioletnia Vellamo odwiedza sąsiadów, bo chce ich poznać. Nie wiemy, do kogo należą żółte kalosze w nagrodzonej Finlandią Junior książce Sanny Mander (język fiński lubi wprowadzać czytelnika lub rozmówcę w zakłopotanie, mniej lub bardziej ukrywając płeć osoby, o której mowa). Jasne jest jednak, że zaginął klucz i właściciel (lub właścicielka) kaloszy musi go odnaleźć. I w tym celu odwiedza swych sąsiadów.



„Zgubił się klucz” to książka zasługująca na uwagę nie tylko dlatego, że otrzymała w ubiegłym roku najważniejszą fińską nagrodę literacką przyznawaną utworom dla dzieci i młodzieży. Ciekawe jest, że autorka sama ją zilustrowała i napisała – i na dodatek napisała dwukrotnie, bo i po szwedzku, i po fińsku. Co więcej, cały tekst jest wierszowany.

Stanowczo za słaba jest moja znajomość szwedzkiego, bym mogła oceniać tę książkę w jej pierwszej wersji językowej. Ale po fińsku „Zgubił się klucz” czyta się świetnie! I nawet nie potrafię ocenić, co sprawia większą przyjemność, czytanie (koniecznie na głos) czy oglądanie ilustracji. Przy każdej kolejnej lekturze odkrywam na obrazkach coraz więcej inspirujących i zabawnych szczegółów.

Pomysł na książkę jest prosty: w celu odnalezienia klucza odwiedzamy mieszkańców bloku. Dzięki temu możliwe jest przedstawienie niezwykle barwnej galerii postaci. Również czytelnik zachęcony jest do poszukiwania klucza i faktycznie udaje się go odnaleźć na ostatniej rozkładówce. Bohater (lub bohaterka) książki powinna teraz zaprosić czytelnika do siebie, no ale miejsca niestety jest za mało: „Tu książka się kończy”.

No ale spójrzmy, kto mieszka w tym bloku. Są dorośli i dzieci, zwierzęta i duch-bałaganiarz. Niektórzy mieszkają samotnie, jak podkochujący się w sobie potajemnie cierpiąca na depresję Aila (ach ta fińska pogoda! nie ma się siły nawet wyjść z łóżka!) oraz romantyk Kalle. Postacią, która najbardziej chyba zapadła mi w pamięć jest hejter Erkki, który nienawidzi koloru różowego i godzinami wylewa w internecie jad, oczywiście pod pseudonimem. 



Znacznie cieplejsze uczucia budzi pewna księżniczka (ona z kolei cała jest w różach!), która źle się czuła w wielkim pałacu, dlatego wzięła pożyczkę na mieszkanie i kupiła sobie przytulną kawalerkę. Są także bliźniaczki Raakel i Ruut, które dzielą i przestrzeń, i wydatki, i nawet ciało, bo są bliźniaczkami syjamskimi. Rzucając kostkę decydują, jak spędzą wieczór: w wełnianych skarpetkach z książką czy imprezując, ustrojone w odświętne sukienki i doczepione włosy. Takich dylematów nie ma rodzina Lainów, bo w ich mieszkaniu baluje się, gdy tylko to możliwe:

U rodziny Bożeny i Frania
zawsze jest pretekst do świętowania.
Uczcić należy wszystko,
od pogody po boisko.
Choćby to, że w łazience
gość może umyć ręce.


Zależnie od preferencji czytelnik pokrewną duszę znajdzie w zbuntowanym nastolatku, który wstydzi się swego lalusiowatego imienia, w Harrim, który ma niesamowitą kolekcję najróżniejszych cukierków (w tym takie o smaku brudu spomiędzy palców u nóg), w spełnionej parze emerytów Ossiego i Raya, którzy słuchają sobie jazzu i piją miętową herbatę... Albo w Barbarossie:

Barbarossa, fanka porządku,
wszystkie przedmioty układa w rządku
Wygląda to równo, schludnie i ślicznie.
(Ona wręcz myśli alfabetycznie).

I faktycznie ilustracja zdradza, że myśli Barbarossy są umieszczone w porządnych pudełkach. Są też pomarańczowe kartoniki, podpisane: „Pamiętaj” (ten wyżej) oraz „Zapomnij” (ten pod nim). Ilustracje zresztą można oglądać w nieskończoność, bo podobnie jak w opisanej tutaj serii o Tatu i Patu roi się na nich od prześmiesznych szczegółów. Sama zwróciłam uwagę na biblioteczkę sióstr: czytają i Walllace’a, i czołową fińską pisarkę i feministkę Minnę Canth, ale mają też na przykład drugi tom „Superdrętwej poetyki”. Z kolei jeden z ojców Maiji czyta w gazecie jakiś artykuł o Trumpie…

Maija, bardzo duża jak na córkę, ma rzeczywiście nie jednego ojca, lecz… siedmiu. To bardzo praktyczne, bo jeśli ma się rodziców w liczbie większej niż zero, to nigdy nie jest się samemu... Sam chce być z kolei pewien maluch, który ma już dość gadaniny dorosłych. Człowiek potrzebuje w końcu spokoju do zabawy! No ale i dorośli będą mogli wkrótce wrócić, żeby go porządnie wyściskać i poprzytulać.

Nie wspomniałam o wszystkich mieszkańcach, może poczucie niedosytu zainspiruje któregoś z polskich wydawców do zakupu praw do tej fantastycznej książki? Na pewno inspirujące są wizyty – choćby i najkrótsze – u tak różnych sąsiadów. Naprawdę niewiele trzeba, by uprzytomnić sobie, że każdy z nas jest odmienny.




Tytuł oryginału: Avain hukassa / Nyckelknipan
Tekst i ilustracje: Sanna Mander
wyd. S&S 2017, 42 s.


wtorek, 27 lutego 2018

Chodźmy wreszcie na wystawę i inne fińskie książki, które żyją własnym życiem


To będzie wpis nietypowy, bo po raz kolejny powracam do książki, o której już kiedyś pisałam - choć od wspomnianej notki, a także od ukazania się owej książki drukiem nie minęło nawet pół roku. Może warto jednak rozszerzyć moje zapiski także o teksty opisujące życie niektórych fińskich książek. Bo są tytuły, które faktycznie żyją własnym życiem. Oczywiście Muminki, które znają chyba wszyscy, jeśli nie dzięki książkom, to animacjom. W naszej kuchni są naczynia z Muminkami, córka ma fartuszek z Małą Mi, a nawet pies po deszczowych spacerach jest wycierany w swój własny ręcznik z wizerunkiem, a jakże, Bobka. Muminki można czytać w formie komiksów, książek obrazkowych, powieści dla dzieci (i nie tylko dzieci) autorstwa Tove Jansson, ale też jej licznych naśladowców. Można Muminki oglądać na scenie, dużym ekranie albo nawet zamienić z nimi parę słów podczas wizyty w Świecie Muminków w Naantali. Sama pisałam pracę magisterską na temat muminkowego cyklu Tove Jansson i przypuszczam, że książki tej pisarki (również te powstałe z myślą wyłącznie o dorosłych czytelnikach) nigdy mi się nie znudzą.



Rzadko który bohater doczekał się aż tylu własnych gadżetów co dowolna postać zamieszkująca Dolinę Muminków. Ale na brak zainteresowania nie może też narzekać np. Ella, którą stworzył Timo Parvela. W Polsce dotychczas ukazały się dwa pierwsze tomiki zatytułowane „Ella i przyjaciele” nakładem Naszej Księgarni w 2008 roku, ale fińskie dzieci znają już dwadzieścia kolejnych z cyklu (o ile dobrze liczę, strony Wikipedii ani nawet prywatna strona Timo nie były od dłuższego czasu aktualizowane). Poza tym w kinach pojawiły się już dwa filmy długometrażowe z Ellą w roli głównej - choć właściwie głównym bohaterem drugiego z nich jest Pate, którego polscy czytelnicy za jakiś czas zresztą poznają w całkiem nowej odsłonie – a to wszystko dzięki planom wydawniczym Widnokręgu... W kwietniu z kolei wybieramy się z córką do helsińskiej filharmonii na „Ellę i przyjaciół na koncercie”. Rzecz jasna, na podstawie kolejnych opowieści o Elli powstały także liczne adaptacje teatralne. Na scenach licznych teatrów można też było zobaczyć adaptacje „Huśtawki” (zajrzyj TUTAJ), a także paru książek o kocie Miaukka i psie Väykkä. Gdybym kiedyś mogła je tłumaczyć, nadałabym zapewne głównym bohaterom imiona Miałek oraz Wyłek.



Timo Parvela to niewątpliwie czołowe nazwisko we współczesnej fińskiej literaturze dziecięcej (pisałam o jeszcze innej jego książce również TUTAJ). Ale wśród bohaterów, którzy zaistnieli w świadomości chyba wszystkich (nie tylko fińskich) dzieci, należy koniecznie wymienić także m.in. lunatyka o nazwisku Hakkarainen oraz innych bohaterów autorstwa Mauriego Kunnasa (o jego dwóch „świątecznych” książkach przetłumaczonych na polski przez Bolesława Ludwiczaka wspominam TUTAJ), a także niesamowitych braci Tatu i Patu, stworzonych przez Aino Havukainen i Samiego Toivonena, o których piszę TUTAJ



No i oczywiście nie można zapomnieć o innej parze, tym razem w stu procentach kobiecej: siostry Sinikka i Tiina Nopola to autorki m.in. cyklu o Rysiu/Krzysiu Raperze (notka TUTAJ), a także fantastycznej serii o Heinähattu i Vilttitossu, czyli tzw. Słomianym Kapeluszu i Filcowym Kapciu. Sama Tiina Nopola napisała także sporo książeczek o Siri, a już siedem z nich ukazało się po polsku w tłumaczeniu Bożeny Kojro nakładem wydawnictwa Wilga. I znów można długo wyliczać: Rysio/Krzysiu Raper doczekał się własnej animacji i kilku adaptacji teatralnych, syn mojej przyjaciółki myje zęby pastą z jego wizerunkiem, a szalone siostry Słomiany Kapelusz i Filcowy Kapeć występowały już i na deskach teatru, i w filmie długometrażowym, zresztą bardzo dobrym. Serię książek o nich ilustrował najpierw znany także w Polsce Markus Majaluoma, (zajrzyj TUTAJ i JESZCZE TU), a później Salla Savolainen. I teraz chyba czas najwyższy, by przejść do sedna sprawy…


„Chodżmy wreszcie do sąsiadów”, książka obrazkowa, którą zrecenzowałam TUTAJ, również zdecydowanie należy do tych tytułów, które żyją własnym, na dodatek bujnym, życiem. Kiedy wreszcie się ukazała, po trwających jakiś rok wizytach w różnych nie-do-końca-fińskich domach, należało to oczywiście uczcić. Świętowanie miało miejsce pod koniec sierpnia ubiegłego roku w siedzibie wydawnictwa Tammi w gronie autorek (ilustratorki Salli Savolainen, pisarki i poetki Riiny Katajavuori oraz jej teraz już dziesięcioletniej córki, z perspektywy której została napisana większość tekstów), a także samych bohaterów książki oraz innych zaangażowanych w ten niezwykły projekt. Potem pojawiła się dwuczęściowa audycja radiowa, w której Vellamo, córka Riiny, rozmawia z sześciorgiem bohaterów książki. Słuchacze mogą dzięki temu dokumentowi jeszcze raz – w nowej formie – „zajrzeć” m.in. do domu urodzonej na Filipinach Lianne albo Ahmeda i Yahmyi pochodzących z Iraku. Mogą też usłyszeć więcej szczegółów na temat podróży z Syrii do Finlandii odbytej przez Kamila i Adama wszelkimi możliwymi środkami lokomocji.

Książka „Chodźmy wreszcie do sąsiadów” została także doceniona przez fińskiego dziennikarza Seppo Puttonena, który wraz z Nadją Nowak prowadził cykl audycji z serii „101 książek”. Przez cały ubiegły rok dwa razy w tygodniu w telewizyjnym programie „Aamu-tv” oraz w pierwszym programie Fińskiego Radia YLE mogliśmy śledzić kolejne pozycje, które ta dwójka znawców literatury uznała za najbardziej znaczące, ponadczasowe, wyprzedzające swą epokę. Zapewne niewielu zdziwi fakt, że w gronie najważniejszych pozycji ostatniego stulecia znalazło się niewiele tych z literatury dziecięcej. Wśród nazwisk takich „pewniaków” jak noblista Frans Eemil Sillanpää, szwedzkojęzyczna poetka Edith Södergran czy klasyk Mika Waltari, pojawili się oczywiście wspomnieni wyżej Tove Jansson i Mauri Kunnas, lecz poza nimi zaledwie garstka innych twórców literatury dzięcieco-młodzieżowej. Ale właśnie w ostatnim roku, roku świętowania przez Finlandię 100-lecia niepodległości, najważniejsza zdaniem Puttonena okazała się książka obrazkowa Katajavuori i Savolainen. Dlaczego? Sepponen założył, że ostatnia ze 101 książek serii będzie równocześnie tą, która otwiera kolejne fińskie stulecie. A właśnie „Chodźmy wreszcie do sąsiadów” w nietuzinkowy sposób odkrywa, jaką Finlandię tworzą dziś jej nowi obywatele. To rzecz o fińskiej wielokulturowości i o tym, jak fińskość wzbogaciła życie osób, które przybyły tutaj z zewnątrz. Jak pisze w swoim artykule Supponen, „opowiada także o naturalnych dla dzieci tolerancji i otwartości wobec wszystkiego, co inne i nowe”.



No ale to jeszcze nie wszystko. W zeszłym tygodniu w helsińskim centrum kultury STOA miało miejsce otwarcie wystawy powstałej na podstawie tej książki. Pod jednym dachem znalazły się więc obrazy-ilustracje z osiemnastu różnych domów. Na podłodze zakrólowały dziecięce dywany z siatką ulic (bo właśnie takie ponoć najczęściej powtarzały w domach książkowych bohaterów). 



W biblioteczce stanęły obok siebie książki dla dzieci w kilkunastu językach. (Z tych polskojęzycznych wypatrzyłam „Lulaki” Beaty Ostrowickiej i „Legendy polskie dla dzieci w obrazkach” wydane przez Naszą Księgarnię). 



Swój własny kąt w przytulnej, świetnie wyposażonej walizce, otrzymał jeż, o którym chyba wcześniej nie wspominałam, a który towarzyszył Vellamo podczas wszystkich sąsiedzkich wizyt. 


Odnalezienie jeża na kolejnych ilustracjach to zresztą jedno z zadań, które mogą wykonać odwiedzający wystawę. Autorki książki z myślą o gościach (nauczycielach, pracownikach przedszkoli, ale też „zwykłych” odwiedzających) stworzyły bowiem zeszyt pełen mniejszych i większych zadań do wykonania oraz pytań, które mogą prowadzić do inspirujących dyskusji. W nawiązaniu do tekstu o naszej polsko-fińskiej rodzinie padło na przykład pytanie „Jakie świąteczne tradycje kultywujecie w swoim domu?”, z kolei rozdział o etiopskich mieszkańcach Helsinek może stać się pretekstem do rozmyślań „Jak pachnie w twoim domu? Jaki zapach przywodzi ci na myśl dom?”. 


A skoro są zapachy, to muszą być też dźwięki: dzięki instalacji autorstwa Outi Korhonen i Alejandra Olartena odwiedzający mogą posłuchać kołysanek w 30 językach, ale mogą też zadzwonić z telefonu stacjonarnego (tak!) do kogoś, kto odbierze w którymś z 40 różnych języków. Na wystawie można też posłuchać obu audycji radiowych, o których napisałam powyżej. A także: pobawić się samochodzikami, napisać wiersz o sobie według wzoru zaproponowanego we wspomnianym „zeszycie ćwiczeń” , narysować flagę swojego (drugiego) kraju… Nie zabrakło oczywiście księgi gości, w której każdy może zostawić swój autograf i zdradzić, o czym najbardziej marzy… ani mapy świata, upstrzonej pinezkami. Każdy odwiedzający powinien rzecz jasna przypiąć pinezkę w kraju swojego pochodzenia i nic dziwnego, że większość z nich trafiło do Finlandii – w końcu również większość dzieci występujących w tej książce urodziło się tutaj, choć jedno lub oboje jego rodziców pochodzi z innego kraju. 



Dla tych, którzy nie zdążą przyjechać do Helsinek w przeciągu miesiąca (wystawa w STOA będzie czynna do 24.3.), mam dobrą wiadomość: jeszcze przed wakacjami zostanie przeniesiona do Espoo, a jesienią trafi także do Vanty. Oto kolejny powód, by wpaść z wizytą do Finlandii!

środa, 31 stycznia 2018

Jari Mäkipää, Masi Tulppa: Wstęp wzbroniony!

Nareszcie wiem, kim jest współczesna Pippi Langstrumpf. Po pierwsze wcale nie jest dziewczynką, tylko chłopcem. Nie mieszka w szwedzkiej Willi Pończoszance, tylko w zwykłym domu jednorodzinnym w jakimś fińskim miasteczku. Nie ma konia ani małpy, ani nawet psa, ale ma za to własny pokój z tabliczką „Wstęp wzbroniony”, a w nim wszystko, co do szczęścia potrzebne. A więc porządny komputer, konsolę do gry, przybory do rysowania, a nawet lodówkę oraz mikrofalówkę, dzięki którym codziennie można przygotować sobie na lunch pizzę bez potrzeby opuszczania ukochanych czterech ścian.



Fińska Pippi Langstrumpf, jak na chłopca przystało, nie ma na imię Pippi ani Fizia, tylko Masi Tulppa. Marek Zatyczka? Zwykle przy tłumaczeniu książek adresowanych do czytelników starszych niż przedszkolaki nie decyduję się na zamianę imion czy innych nazw własnych na polskie (lub przynajmniej bardziej swojskie). Jednak w tej książce również w imionach kryje się sporo subtelnego humoru, więc gdyby jakiś wydawca zdecydował się na zakup praw i poprosił mnie o przekład, zapewne główny bohater Masi zamieniłby się w Marka właśnie, Mirka albo otrzymałby jeszcze inne imię, które polskiemu czytelnikowi mogłoby się skojarzyć z bohaterem komiksów Morta Walkera Beetlem Baileym.

Dlaczego warto skusić się na wydanie tej pozycji po polsku? Dlatego, że oto pojawiła się książka adresowana do chłopców, w której główny bohater jest cudownie nieidealny i na wskroś prawdziwy. Masi żyje na przekór wszelkim guru od grzeczności, dobrego wychowania i zdrowego trybu życia. Godzinami gra w gry komputerowe, nie zamierza uprawiać sportów, jeść owoców ani zaprzyjaźniać się z „nader sympatycznym” chłopcem z sąsiedztwa. Zamiast tego robi wszystko, by móc zrealizować swój wakacyjny plan – pomimo nagle pojawiających się trudności. Plan jest prosty: do oporu grać na konsoli, codziennie oglądać kolejne części serialu o Bit-Rycerzu i rysować komiksy własnego autorstwa. Przeszkody zaś pojawiają się co ranek w postaci kolejnych niań płci pięknej i mniej pięknej. Masiemu udaje się pokonać wszystkich opiekunów po kolei – i czyni to w taki sposób, że również dorosły czytelnik nie jest w stanie odgadnąć, w jaką stronę potoczy się historia.

Gdybym chciała zabawiać się w przyznawanie punktów, książka Mäkipää otrzymałaby ode mnie dziesięć na dziesięć i za humor, i za ilustracje (tu brawa dla Jussiego Kaakinena, który stworzył na papierze coś, co kojarzy się raczej z ekranem komputera), i za wyraziste postaci, i za samą historię.

A dlaczego nazywam Masiego nową Pippi? Głównie ze względu na fantastyczną antydydaktyczność tej postaci. Dawno nie czytałam książki równie „niepoprawnej politycznie”, budzącej - o czym świadczą opinie rozsiane po sieci – zarówno zgorszenie rodziców, jak i zachwyt ich latorośli. Złośliwość – ale bez chamstwa, upór – ale jakże zrozumiały. A przy tym wszystkim zwyczajna potrzeba życia po swojemu. Chłopcy też takie potrzeby mają, również ci dziewięcioletni. 

Jari Mäkipää na blogu, w którym opowiada o swej pracy, napisał, że miał potrzebę stworzenia postaci trochę na przekór pojawiającym się na prawo i lewo ekstrawertykom. Nie żeby miał cokolwiek przeciwko towarzyskim dzieciom, które z łatwością poznają nowych przyjaciół, bawią się lub pracują w grupie i dzielnie zdobywają świat. Ale jako introwertyk chciał stworzyć nieco inny typ bohatera, taki, z którym mogą się utożsamić ci chłopcy, którzy zamiast uczestniczyć w meczu w piłkę nożną wolą w pojedynkę sobie rysować albo grać na konsoli.

Ta książka daje do myślenia także tym rodzicom, którzy już zapomnieli, jak to jest, kiedy się ma dziewięć lat – i wymarzone wakacje. Bardzo polecam!


Nota bene: dla tych, którzy chcą poznać starszą twórczość Jariego Mäkipää, gdzieś jeszcze powinny być do zdobycia kryminały z serii Huragan. Przed laty przetłumaczyłam je, wraz z poradnikiem dla początkujących detektywów, dla wydawnictwa WAB. 

  


Jari Mäkipää, Masi Tulppa: Wstęp wzbroniony!
Tytuł oryginalny: Masi Tulppa: Pääsy kielletty!
Ilustracje: Jussi Kaakinen
Wyd. Tammi 2017. Obj. 103 s.

niedziela, 19 listopada 2017

Leena Krohn, Tajemnice

Z moich prywatnych obserwacji wynika, że nazwisko Leeny Krohn pojawia się najczęściej w odpowiedzi na pytania w rodzaju, który pisarz wzbudził w Tobie zainteresowanie literaturą fińską albo którego fińskiego pisarza chciał(a)byś tłumaczyć. Mimo że książki Krohn zostały dotychczas przetłumaczone już na 21 języków, to często w grę wchodzą tylko pojedyncze tytuły, np. Pelikan, najczęściej przekładana książka Krohn dla dzieci oraz Tainaron, najbardziej znana powieść dla dorosłych. Tak się szczęśliwie składa, że po polsku ukazały się obie i to dwukrotnie (a żeby było śmieszniej, niemal jednocześnie, najpierw w 2008, a później w 2016 roku): Pelikan nakładem wydawnictwa Dwie Siostry w moim tłumaczeniu, a Tainaron w tłumaczeniu Sebastiana Musielaka najpierw wydany przez Świat Książki, a później w wersji elektronicznej przez Wolny Tor. Dodam, że wersja e-bookowa została poprawiona, wzbogacona o dwa niepublikowane wcześniej listy oraz posłowie autorstwa Justyny Polanowskiej, która jest chyba najlepszą w Polsce – przynajmniej moim zdaniem – znawczynią takiego literackiego nurtu jak finnish weird. Dodam też, że zarówno Tainaron jak i cztery inne świetne fińskie tytuły można będzie jeszcze przez chwilę zakupić za grosze za pośrednictwem bookrage.org Gorąco polecam!

Ale dość reklam, choćby i najpotrzebniejszych. Muszę dziś napisać parę słów o książce, o której nie mogę od dłuższego czasu przestać myśleć. Jest równie magiczna i niejednoznaczna jak Pelikan i Tainaron. A jednak z jakichś powodów dotychczas żadnych z zagranicznych wydawców nie zdecydował się na zakup jej praw. Nie mam pojęcia, jak to możliwe, bo moim zdaniem Tajemnice mają to wszystko, czego czytelnik spodziewa się po dobrej książce. A więc tajemnice właśnie, piękny język, niedopowiedzenia, szczyptę humoru, garść melancholii… Książka składa się z pięciu opowiadań, które powinnam pewnie nazwać baśniami, choć i to określenie wydaje mi się nazbyt… płaskie? Każdemu z tytułów można zresztą przylepić odmienną metkę, Nowa Opabinia reprezentuje więc coś w rodzaju fikcji spekulatywnej, Mare Serenitatis – science fiction, Mój dom na głębokościach może przywodzić na myśl realizm magiczny. Teksty te mają różną długość, od kilku stron (Niewidzialna gwiazda) do czterdziestu (Mare Serenitatis). Zmieniają się też narratorzy, raz jest to dziewczynka, raz chłopiec – i chyba właśnie dziecięcy punkt widzenia sprawia, że książka ta znajduje się na półce dla młodszych czytelników. Nie zmienia to faktu, że satysfakcję z lektury czerpie także dorosły czytelnik, jak zresztą ma to miejsce zawsze w przypadku wartościowej literatury dziecięcej.



Tytuł tego zbiorku może być kluczem do odczytania wszystkich tekstów. Tajemnic jest jednak znacznie więcej niż samych opowieści. Dotyczą one i czasu, i przestrzeni, i zakamarków ludzkiego umysłu. Czym właściwie jest człowiek, co to takiego – dusza? Czy istnieje uniwersytet, na którym można studiować największe ludzkie sekrety (gdzie spędziłeś, drogi czytelniku, swoje poprzednie życie i jak nauczyć się czytać cudze myśli?) – i czy to one właśnie są największe? Co jest prawdą i po czym to poznać? Może po lekturze tej książki więcej w nas pytań niż odpowiedzi, ale nie zmienia to faktu, że chce się do niej powracać. Mimo ryzyka pojawienia się kolejnych pytań.

Nie umiem zdecydować, która z tych opowieści pociąga mnie najbardziej, czy ta o ciotce, która zamieszkała na Księżycu (Mare Serenitatis), czy o dziewczynce, która zakupiła w sklepie zoologicznym żyjątko, które okazało się ostatnim być może na świecie okazem opabinii. (Opabinia, jak wyczytuje później właściciel sklepu, wymarła 500 milionów lat temu, wygląda więc na to, że Julia ma w rękach sensacyjne znalezisko). Ciotka postanawia zamieszkać na Księżycu, bo nuży ją ludzki harmider, jest więc egoistyczna czy wierna sobie? Księżyc, jako element zbędny, zostaje jednak zniszczony, co pociąga za sobą niebagatelne skutki. Jak daleko sięgają granice ludzkiego poznania i czy człowiek faktycznie jest budowniczym czy raczej niszczycielem świata? Z kolei w Nowej Opabinii Julia postanawia uratować swoją Mathildę – jak nazywa świeżo zakupione żyjątko - przed badaniami naukowców i wyrzuca ją do stawu. Lekkomyślność to czy empatia?

Pojawiają się tu zatem motywy znane już czytelnikom wydanych w Polsce powieści Krohn, ale dochodzą też nowe. Dla mnie lektura jakiegokolwiek tytułu autorstwa Leeny Krohn to prawdziwa uczta: dla ucha (bo język!) i ducha (bo cała reszta!). Znów chciałoby się napisać: wydawcy! Kupujcie! Takiej książki jeszcze na polskim rynku nie było! Ale mam wrażenie, że myśli wydawców chadzają równie tajemniczymi ścieżkami jak kolejni bohaterowie tej autorki. A poza tym w przypadku tego akurat zbiorku nie wypada krzyczeć.


Muszę jeszcze dodać, że od dawna chciałam napisać na tym blogu także o Pelikanie, który doczekał się kiedyś nominacji Dużego Donga, a kiedyś może zostaną zakończone prace nad filmem powstałym w oparciu o ten tytuł. Ale mam świadomość, że nigdy nie zdołam zrobić tego równie dobrze jak autorka bloga W Nieparyżu. Dzięki takim recenzjom chce się czytać i tłumaczyć więcej i lepiej, i bardziej. Zresztą oceńcie sami:  http://nieparyz.blogspot.fi/2016/08/pelikan-leeny-krohn-moje-stado-twoje.html



Leena Krohn, Tajemnice
Tytuł oryginału: Salaisuuksia
Tekst: Leena Krohn
Ilustracje: Inari Krohn
Wyd. Kirjayhtymä 1992. Obj. 103 s.
Nagrody: Topelius (1993)

piątek, 6 października 2017

Anne-Maija Aalto, Głęboka woda

Ten wieczór piętnastoletnia Taika i jej mama zamierzają spędzić razem, wylegując się na sofie i oglądając głupawe komedie. Do pełni szczęścia brakuje tylko popcornu, akurat wtedy kuchenna szafka świeci pustkami. Popcorn musi być, upiera się Taika, i mama wsiada do samochodu. Już nigdy się nie zobaczą.

Na polskich drogach łosie nie są zagrożeniem dla kierowców, ale koniec końców nie ma większego znaczenia, dlaczego ktoś umiera. Przez smutek trzeba jakoś przebrnąć, jakoś się z nim uporać, przetrawić go, ale nie dać się pochłonąć. Taika musi poradzić sobie nie tylko ze stratą matki i nie dającym spokoju poczuciem winy, ale też ucieczką ojca. Żaden inny bohater w tej książce nie powtarza równie często „przepraszam”. Nic jednak z owego przepraszania nie wynika. Ojciec Taiki niby wie, że nie powinien zostawiać nastoletniej córki pod opieką szwagierki i szukać szczęścia na drugim końcu świata, ale tak właśnie robi. Taika nawet nie czyta kolejnych maili, które dochodzą z Bali.

Zamiast tego próbuje się odnaleźć w nowej rzeczywistości. W domu trochę szalonej ciotki, w wielkiej nowej szkole i obcym mieście. Przybiera kolejne role, zakłada maski. Farbuje włosy, kupuje koronkową bieliznę. Czasem spędza czas z przyjaciółką z dawnego świata, na co dzień kręci się w towarzystwie kontrowersyjnej Matildy.


Jeden z tematów tej powieści to miłość nastolatki do przystojnego nauczyciela języka fińskiego. Taika jest wyjątkowo uzdolniona literacko i środowe zajęcia twórczego pisania, prowadzone przez wspomnianego Anttiego, dają jej okazję spędzać więcej czasu z tym, o którym nie może przestać myśleć. Tylko Antti dowie się o śmierci jej mamy. Wkrótce Taika pragnie obnażyć przed nim kolejne tajemnice – a także swe ciało.


Oczywiście sporo tu grząskich tematów, które mogą prowadzić na mieliznę zwłaszcza debiutującego pisarza. Bo jeśli do sieroctwa, poszukiwania tożsamości i zakazanych uczuć dodać jeszcze z jednej strony weekendowe melanże, a z drugiej – próby samobójcze… A jednak muszę zgodzić się z jedną z fińskich blogerek, która napisała, że w odniesieniu do tej książki słowo „piękna” jest zbyt wyświechtane. Pisze więc o jej poetyckości, o językowej wrażliwości Anne-Maiji Aalto. Zgadzam się z tą opinią. Sama też poryczałam się przy lekturze, choć warunki temu nie sprzyjały (kończyłam czytanie w trywialnym Subway'u).

Gdybym była wydawcą, opublikowałabym polskie tłumaczenie „Głębokiej wody” w jednej serii z opisywanymi tu wcześniej „Cudownym morzem” Kiry Poutanen i „Cięciem” Hanny Marjut Marttili. Jako dowód na to, że również dla nastolatków można pisać książki wartościowe i pozostające na długo w pamięci.

Tytuł oryginału: Syvään veteen
Tekst: Anne-Maija Aalto
Wyd. Otava, 2016. Obj. 253 s.

czwartek, 7 września 2017

Laura Ertimo, Satu Kontinen, Noc. Książka o śnie i tajemnicach ciemności

Rzadko na tym blogu piszę o książkach non-fiction, ale ta jest pod wieloma względami wyjątkowa. Wpadła mi w ręce przez kompletny przypadek: zauważyłam ją w pobliskiej bibliotece. Gdyby nie fakt, że ktoś z pracowników lub czytelników postanowił ją wyeksponować na regale, być może do tej pory nie wiedziałabym o jej istnieniu, tym bardziej, że nie znałam wcześniej nazwisk autorki tekstu ani ilustratorki. Nie wiedziałabym także, że żyrafy śpią zaledwie dwie godziny na dobę albo że ze wszystkich ssaków delfiny śnią najrzadziej.


Można tę książkę potraktować jako zbiór nietuzinkowych informacji związanych z nocą i spaniem, ale sprawdza się także jako tradycyjna lektura do czytania dziecku na głos – na przykład na dobranoc. Można ją smakować strona po stronie, można skakać po rozdziałach. Można pochłonąć od deski do deski, można wracać do tych samych fragmentów wielokrotnie. Można też wcale nie czytać, jak robi to często moja czteroipółlatka, a jedynie oglądać ilustracje. Oglądać i podziwiać, bo ilustracje też są tu świetne, o czym przekonuje już sama choćby okładka. 


Wielu blogerów chwali tę książkę i za tekst, fascynujący zarówno najmłodszych, jak i starszych czytelników – i za ilustracje. Rzadko kiedy książka dla dzieci jest czarno-biała, w tym przypadku dwa kolory wystarczą, by rozpalić serce. I pewnie również dzięki wysmakowanym, artystycznym obrazom (bo ⹂rysunek” to stanowczo zbyt skromne określenie) aż żal chować tę pozycję w pokoju dziecięcym.

Książka składa się z pięciu rozdziałów, w których poznajemy najróżniejsze tajemnice nocy. Jest tu i astrologia, i biologia, jest miejsce na opowieści australijskich aborygenów, ale też wyjaśnienie, dlaczego należy kłaść się spać, nawet jeśli ma się ochotę nadal się bawić. Któregoś z czytelników może zafascynować tryb życia odmieńców jaskiniowych, ktoś inny będzie być może chętniej czytał o tajemnicach gwiazd i wybrykach Księżyca. A jak jest ze snami, czy robaki też śnią? A drzewa? Podejrzewam, że każdy znajdzie tu coś, co go zainteresuje – i to niezależnie od wieku. Laura Ertimo i Satu Kontinen są autorkami również książki o wodzie.

Tytuł oryginału: Yö. Kirja unesta ja pimeän salaisuuksista
Tekst: Laura Ertimo
Ilustracje: Satu Kontinen
Wyd. Myllylahti, 2016. Obj. 116 s.