czwartek, 7 września 2017

Laura Ertimo, Satu Kontinen, Noc. Książka o śnie i tajemnicach ciemności

Rzadko na tym blogu piszę o książkach non-fiction, ale ta jest pod wieloma względami wyjątkowa. Wpadła mi w ręce przez kompletny przypadek: zauważyłam ją w pobliskiej bibliotece. Gdyby nie fakt, że ktoś z pracowników lub czytelników postanowił ją wyeksponować na regale, być może do tej pory nie wiedziałabym o jej istnieniu, tym bardziej, że nie znałam wcześniej nazwisk autorki tekstu ani ilustratorki. Nie wiedziałabym także, że żyrafy śpią zaledwie dwie godziny na dobę albo że ze wszystkich ssaków delfiny śnią najrzadziej.


Można tę książkę potraktować jako zbiór nietuzinkowych informacji związanych z nocą i spaniem, ale sprawdza się także jako tradycyjna lektura do czytania dziecku na głos – na przykład na dobranoc. Można ją smakować strona po stronie, można skakać po rozdziałach. Można pochłonąć od deski do deski, można wracać do tych samych fragmentów wielokrotnie. Można też wcale nie czytać, jak robi to często moja czteroipółlatka, a jedynie oglądać ilustracje. Oglądać i podziwiać, bo ilustracje też są tu świetne, o czym przekonuje już sama choćby okładka. 


Wielu blogerów chwali tę książkę i za tekst, fascynujący zarówno najmłodszych, jak i starszych czytelników – i za ilustracje. Rzadko kiedy książka dla dzieci jest czarno-biała, w tym przypadku dwa kolory wystarczą, by rozpalić serce. I pewnie również dzięki wysmakowanym, artystycznym obrazom (bo ⹂rysunek” to stanowczo zbyt skromne określenie) aż żal chować tę pozycję w pokoju dziecięcym.

Książka składa się z pięciu rozdziałów, w których poznajemy najróżniejsze tajemnice nocy. Jest tu i astrologia, i biologia, jest miejsce na opowieści australijskich aborygenów, ale też wyjaśnienie, dlaczego należy kłaść się spać, nawet jeśli ma się ochotę nadal się bawić. Któregoś z czytelników może zafascynować tryb życia odmieńców jaskiniowych, ktoś inny będzie być może chętniej czytał o tajemnicach gwiazd i wybrykach Księżyca. A jak jest ze snami, czy robaki też śnią? A drzewa? Podejrzewam, że każdy znajdzie tu coś, co go zainteresuje – i to niezależnie od wieku. Laura Ertimo i Satu Kontinen są autorkami również książki o wodzie.

Tytuł oryginału: Yö. Kirja unesta ja pimeän salaisuuksista
Tekst: Laura Ertimo
Ilustracje: Satu Kontinen
Wyd. Myllylahti, 2016. Obj. 116 s.

środa, 30 sierpnia 2017

Riina Katajavuori, Salla Savolainen, Chodźmy wreszcie do sąsiadów

Ta książka jest tak świeża, że nie zdążyła jeszcze trafić do księgarń. Dziś właśnie, w przedostatni dzień sierpnia, mieliśmy przyjemność uczestniczyć w przyjęciu promocyjnym zorganizowanym przez wydawnictwo Tammi. Razem z nami w imprezie więły udział inne rodziny, które trafiły do tej niezwykłej książki. Autorkami są pisarka Riina Katajavuori oraz ilustratorka Salla Savolainen. O dziecięcy punkt widzenia zadbała Vellamo, ośmioletnia córka Riiny. Ta trójka w ciągu bieżącego roku odwiedziła osiemnaście rodzin mieszkających na terenie aglomeracji Helsinek. Wśród gospodarzy znaleźli się przedstawiciele m.in. Jemenu, USA, Rosji, Filipin, Etiopii… Polskę zaprezentowałyśmy my z córką.


”Ludzie są całkiem fajni, jeśli ma się odwagę ich poznać – stwierdza Vellamo. – I chyba nie ma większego znaczenia, kto skąd przyjechał”.




Różnice oczywiście czasem widać. W rzadko którym domu stoi prawdziwy tron – jak w salonie pewnej ghańskiej rodziny. Tata piętnastoletniego Eugenego jest bowiem królem mieszkających w Helsinkach przedstawicieli plemienia Akan. I zapewne rzadko która fińska kuchnia jest wyposażona we własną miniświątynię – jak ma to miejsce w nepalskiej rodzinie Karuny. W domach tytułowych sąsiadów podaje się egzotyczne potrawy, w powietrzu unoszą się zapachy inne niż w typowym fińskim mieszkaniu. Ale z drugiej strony – Edna o etiopskich korzeniach nosi kapcie z wizerunkami Frozen, Vy z Wietnamu uwielbia bawić się klockami Lego, a Livija, która ma mamę Łotyszkę i tatę Włocha, wieczorami gra z bratem w Monopol…

Dla dziecięcych bohaterów tej książki oczywiste jest posługiwanie się przynajmniej dwoma językami, a wspomniana już Karuna mówi nie tylko po fińsku i nepalsku, lecz także po angielsku, w języku hindi i trochę po francusku. Czasem kwestie lingwistyczne są dość skomplikowane; potrzeba diagramu, by wyjaśnić, kto w jakim języku zwraca się do kogo w grecko-brazylijskiej rodzinie Niny i Sofii. Z diagramu wynika, że jedynym członkiem rodziny, do którego wszyscy mówią tylko i wyłącznie po portugalsku, jest pies Krystal.

Na rozkładówce poświęconej polsko-fińskiej rodzinie jest mowa oczywiście także o naszym sznaucerze miniaturce, który szczeka tylko na dźwięk dzwonka do drzwi. Padają różne formy imienia Mordy, a także wyjaśnienie, dlaczego ma teraz przydługie futro.

Pojawiają się rzecz jasna także poważniejsze tematy. Niektóre z dzieci mają za sobą miesiące spędzone w ośrodkach dla uchodźców. Ahmed z Iraku wciąż jeszcze się wzdraga na dźwięk hałasów dochodzących np. z placu budowy. Ale takie kwestie padają raptem w zdaniu, jednym, może dwóch. Również dlatego ufam, że dla rodziców czytającym swym dzieciom ”Chodźmy wreszcie do sąsiadów” ta lektura stanie się pretekstem do prowadzenia rozmów na dziesiątki inspirujących tematów. Czytelnicy znajdą w niej też przepis na islandzkie ciasteczka mamy Leóny, informację o tym, co różni sambosę somalijską od indyjskiej albo arabskie przysłowie o cierpliwości. Każdy z tekstów oprócz narracji prowadzonej przez Vellamo albo jedno z ”sąsiedzkich” dzieci zawiera nietypowe informacje o kraju, który reprezentuje dana rodzina. Czy wiecie na przykład, ile czasu zajmuje etiopskiej mamie zaplecenie córeczce warkoczyków? Skąd się wzięła nazwa Filipin? Albo jak Rosjanie przezywają Białorusinów?

Wielokulturowość to temat ważny i zawsze aktualny. To, że polska polityka imigracyjna różni się od fińskiej nie zmienia faktu, że ta książka z pewnością zainteresuje czytelników niezależnie od miejsca zamieszkania. Jestem przekonana, że w przeciwieństwie do pierwszej wspólnej książki Katajavuori i Savolainen (”Chodźmy już do domu” z roku 2007 – też świetna), która została przetłumaczona tylko na język niemiecki, ta pozycja doczeka się wielu, wielu przekładów. Oby także na język polski.

Tekst: Riina Katajavuori, 
Ilustracje: Salla Savolainen
Tytuł oryginału: Mennään jo naapuriin
Wyd. Tammi 2017, s. 44

piątek, 18 sierpnia 2017

Mari Mörö, Marjo Nygård, Świat w sam raz

Kojarzyłam Mari Mörö jako autorkę powieści i zbiorów opowiadań dla dorosłych, ale okazuje się, że ma w dorobku również sporo pozycji dla najmłodszych. Jedna z nich urzekła mnie szczególnie.

”Świat był dla niego miejscem, które można uporządkować dzięki pomiarom” – to wyjęte z kontekstu zdanie najlepiej określa sposób myślenia głównego bohatera tej książeczki. Vähky – bo tak nazywa się bohater (w tłumaczeniu na pewno otrzymałby nowe imię, przyjaźniejsze dla małych słuchaczy i czytających im na głos rodziców) rozpoczyna każdy dzień od mierzenia. Mierzy najpierw wyśnione sny. Potem swój dom, od ściany do ściany, od podłogi do sufitu. A także drzewa, drogi, przechodniów i ich psy – jeśli mu nie uciekną. Szczególnej dokładności wymaga liczenie kropel deszczu czy płatków śniegu. Jeśli Vähky otrzyma list czy gazetę, to jasne jest, że policzy w nich wszystkie litery, a potem starannie zapisze je w pamięci.


Pomimo uderzającej dokładności, rzetelności i pracowitości Vähky nie spotyka się ze specjalnym uznaniem otoczenia. Dzieci mają go za dziwaka, choć same nie wiedzą nawet, ile drzew rośnie na klonie, o który zaczepił się latawiec. Sprzedawca w kwiaciarni nie rozumie, jak ważna jest liczba kolców pojedynczej róży. W zupełności mu wystarcza, że róże są piękne i ładnie pachną.

Pewnego poranka Vähky nie może się skupić na liczeniu snów. Głowa pęka mu z bólu i ostatkiem sił udaje mu się zmierzyć kilka najniezbędniejszych przedmiotów i odległości. Dzwoni też do lekarza, który wyznacza mu wizytę na trzecią.

Vähky ma w domu mnóstwo miar i wag, ale zegar to dla niego abstrakcja. Czy godziny mierzy się w metrach? Na szczęście zegarki można kupić, a sympatyczna sprzedawczyni wyjaśnia, w jakiej pozycji powinny być wskazówki, gdy wybija trzecia.

”- Stokrotne dzięki – powiedział Vähky. – Choć szczerze mówiąc nie mam teraz siły ich liczyć”.

Wizyta u lekarza okazuje się przełomowa. Z głowy pacjenta wypadają strumieniami cyfry i liczby, zapełniają kolejne wiadra (ile ich może być?!) i sprawiają, że wyczerpany Vähky zapada w sen. Kiedy się budzi, lekarz stanowczo zakazuje mu dalszego liczenia i każe wyrzucić z domu wszystkie miarki i wagi.

Vähky stosuje się do wszystkich zaleceń i – ach! Nagle się okazuje, że świat jest w sam raz właśnie taki, jaki jest. Wystarczy, że drzewo to drzewo, a sąsiadka to sąsiadka. List, który mu wcześniej wysłała, zawierał oprócz konkretnej liczby liter zaproszenie, z którego Vähky dopiero teraz potrafi skorzystać. Jak wspaniale, że świeci słońce! Może tych słońc jest nawet więcej, nieważne. Ważne, że nieprzebrane światło budzi w Vähkym radość.

Historia jest prosta, ale może stać się zaproszeniem do fascynujących rozmów na temat sensu życia. I przypomnieć również nam, dorosłym, że wcale nie tak ważne jest, ile kroków wyliczy nam dzisiaj krokomierz. Albo ile lajków nazbiera jakiś post o konkretnej liczbie słów.


Ilustatorka Marjo Nygård została wraz z Tuulą Korolainen uhonorowana nagrodą Finlandia Junior za książkę ”Kuono kohti tähteä” (”Pyszczkiem ku gwiazdom”). 

Tekst: Mari Mörö
Ilustracje: Marjo Nygård
Tytuł oryginału: Ihan sopiva maailma
Wyd. Lasten Keskus 2008, 30 s.

czwartek, 3 sierpnia 2017

Mari Kujanpää, Emma

Dla takiej książki reaktywuje się zapomniane blogi – przeszło mi przez myśl już gdzieś w początkowych partiach lektury. Druga połowa książki nie pozwalała przerwać czytania ani na chwilę. W którymś momencie zorientowałam się, że dawno minęła północ, a po policzkach płyną mi łzy. Płyną i płyną i nie chcą przestać.

Powieść Mari Kujanpää nie jest jednak żadnym wyciskaczem łez – a przynajmniej nie w tradycyjnym tego słowa rozumieniu. Jeśli już ją szufladkować, powiedziałabym, że mamy tu do czynienia ze świetną powieścią psychologiczną oraz po trosze rozwojową. Niezbyt standardowe określenia w przypadku książek, których bohaterką jest 11-latka, prawda? Cóż, sama Emma też nie jest standardowa. Daleko jej do zwykłości, choć właśnie zwykłość odgrywa tu niebagatelną rolę.



Czytelniczki i mamy czytelniczek, czy marzycie lub marzyłyście o tym, by zostać księżniczką? O pięknych sukniach i lemoniadzie, którą przynosi wam kelner, kiedy leżycie na hamaku? Zapewne tak. Takie marzenia miała kiedyś także Laura, ciocia Emmy, a także jej mama … Ale sama Emma swoje pragnienia zapisuje w zeszycie mało czytelnym pismem. A potem, na wszelki wypadek, zamazuje je czarnym pisakiem. Pierwsze takie: mieć prawdziwą rodzinę – rodzinę, w której są tata, mama i dzieci, szufladki na rękawiczki i wyznaczone dni do sprzątania. Po drugie Emma marzy o tym, by być odważną, tak jak Fredrika, która mieszka w sąsiedztwie albo Leena z domu dziecka. Trzecie marzenie jest może najbardziej wstydliwe: żeby wreszcie się skończyło wieczne mycie rąk i sikanie do łóżka.

Obsesyjne mycie rąk i – rzadkie, ale jednak pojawiające się – moczenie nocne to chyba jedyne namacalne ślady, jakie doświadczenia Emmy odcisnęły na dziewczynce. Doświadczenia te najbardziej wpłynęły na jej psychikę, na życie uczuciowe i towarzyskie. Emma wciąż balansuje między potrzebą samotności i chęcią ucieczki a pragnieniem normalnego funkcjonowania wśród innych. Jej historia opowiedziana jest głównie poprzez relacje z innymi: relacje kalekie, trudne, wymagające dalekowzroczności od małej bohaterki. Pierwszy z brzegu przykład: jeśli pójdzie na urodziny jednej koleżanki, to czy inne koleżanki się nie obrażą?

Tak zwykle nie myślą „normalne” dzieci. Tak może myśleć wrażliwa jedynaczka, której mama jest ćpunką. Ale, tak mi się wydaje, mama Emmy mogłaby być równie dobrze prostytutką albo mieć kryminalną przeszłość (lub teraźniejszość). Mogłaby być alkoholiczką albo mieć nieleczoną schizofrenię, cokolwiek, co wyróżniałoby ją od tych „prawdziwych” mam, które każą wieczorem zjeść kolację i umyć zęby. Takich mam nie trzeba się wstydzić.

Początkowo czytelnik wie o matce Emmy bardzo niewiele, tyle tylko, ile wymsknie się w myślach lub słowach Emmie, która wolałaby wszystko zapomnieć. Z czasem postać konkretyzuje się, pojedyncze sceny z przeszłości powracają w pamięci dziewczynki, a raz czy drugi Emma zdradza nawet cokolwiek dziadkom, u których mieszka albo dziewczynce z sąsiedztwa, która z siostry prawie-że-przyjaciółki przeradza się w kogoś bardzo ważnego. Mama pojawia się w opowieści jednej ze znajomych babci – jak wspaniale usłyszeć o niej cokolwiek pozytywnego! Pojawia się wreszcie fizycznie, najpierw odwiedza Emmę i swych rodziców w towarzystwie pani z opieki społecznej, potem sama. Grają razem z Emmą w badmintona, to dobry sposób na wspólne spędzenie czasu, bo podczas rozgrywki jest się trochę razem, ale trochę osobno. I nie trzeba zbyt wiele mówić – mówienie zawsze sprawiało Emmie trudności.

Nie, oczywiście nie jest tak, że mama nagle zdrowieje i rozpoczynają z córką nowe wspaniałe życie. Mari Kujanpää nie prowadzi swojego czytelnika na skróty w trosce o happy end. Emma to postać z krwi i kości, za dużo przeżyła, żeby z miejsca wybaczać brak normalnego dzieciństwa i za bardzo wrosła w nowe miejsce, by je rzucać i zaczynać wszystko jeszcze raz. Może kiedyś.

Po raz pierwszy spotkałam się z twórczością Mari Kujanpää przed laty, gdy jej powieść dla dzieci „Ja i Muro” zdobyła w 2010 roku nagrodę Finlandia Junior. Już wówczas zrobiła na mnie wrażenie pogłębiona psychologia postaci, przedstawiona jednak w sposób zrozumiały dla najmłodszych czytelników. Pamiętam jednak, że ze względu na niewspółmierność wieku bohaterki do długości tekstu zdecydowałam się nie proponować tego tekstu polskim wydawcom. W przypadku książki o Emmie nie ma tego problemu. Rówieśniczki tej bohaterki bez problemu pochłoną blisko 200-stronicową powieść. To ważna i mądra książka, a jej jedyny mankament to w moim przekonaniu tytuł. Dosłowne tłumaczenie („Sekretne pragnienie Emmy”) brzmi beznadziejnie harlequinowo. „Ukryte marzenie” nie lepiej. W niniejszym poście tytuł zastąpiłam po prostu imieniem bohaterki. Jeśli, miły czytelniku niniejszego tekstu, pomyślisz w pierwszym odruchu o Jane Austen, też dobrze – autorka „Dumy i uprzedzenia” to jedna z pisarek, o twórczości której jest mowa na kartach tej powieści.


Mam wielką nadzieję, że doczeka się polskiego tłumaczenia.

Tekst: Mari Kujanpää
Tytuł oryginału: Emman salainen toive
Wyd. Otava 2016, s. 189

wtorek, 30 sierpnia 2016

Kreetta Onkeli, Książka o chłopcu, który stracił pamięć

Dobra książka otwiera oczy. Wzrusza, rozśmiesza, intryguje, każe się zatrzymać, nie pozwala się zatrzymać albo wszystko to naraz. Trafia do wybrednych moli książkowych, uderza jak obuch w początkujących czytelników – albo jedno i drugie. Dobra książka pozostaje w głowie dłużej niż w rękach lub na ekranie. Do dobrej książki chce się wracać mimo istnienia innych dobrych książek. Jeśli wrócisz, mimo wszystko, a książka nadal spełnia powyższe wymogi, mam śmiałość nazwać ją bardzo dobrą.

„Książka o chłopcu, który stracił pamięć” jest bardzo dobra.



Z punktu widzenia tłumaczki dodam jeszcze jedno rozpoznawalne kryterium bardzo dobrej książki: czyta się ją z góry i/lub pod górkę, tłumaczy zawsze pod górę. Jakkolwiek pokrętnie to brzmi.

Poniżej próbka powstała w wielkich trudach:

Do tej pory Arto patrzył w górę. Teraz postanowił, że będzie utrzymywał wzrok na swojej wysokości. Na placu za Szklanym Pałacem nie było dzieci. Jedyne oczy będące na poziomie jego oczu, spoglądały w ziemię. Należały do żebraczki.  Bił od niej spokój. To dziwne, pomyślał Arto, bo przecież ręce i twarz ma brudne, połamane paznokcie, a ubrania jakieś takie staroświeckie. Jakby trochę... nie takie jak trzeba. Puchowa kurtka w upalny dzień? I jeszcze te filcowe kozaki, które kojarzą się od razu ze Świętym Mikołajem. Kozakom nigdzie się nie spieszyło; mijały je nogi ozdobione w najnowsze adidasy, skórzane botki i szpilki przypominające metalowe gwoździe. Kolorowe buty przeskakiwały i postukiwały, a kozaki szły. Ich właścicielka nie wydawała się ani trochę zmieszana, chociaż ze wszystkich mieszkańców Helsinek jej jest na pewno najgorzej.

A, jednak nie. Arto przypomniał sobie nagle, co go spotkało i poczuł, że spada na niego potężna ulewa rozżalonych myśli. Co tam ulewa, to był grad: grad żalu nad sobą! To on ma najgorzej. Nie dość, że stracił pamięć, to najwyraźniej nie pamięta go również nikt inny...  Zerknął znów na żebraczkę i poczuł dziwną siłę. Postanowił, że zachowa ten sam spokój, który wokół siebie roztaczała. Nawet jeśli niczego nie zdoła sobie sobie przypomnieć i nawet jeśli nie znajdzie nikogo znajomego, zachowa spokój. Popłoch na nic się nie przyda, przeciwnie; od tego może poczuć się tylko gorzej. A przecież nie jest tak do końca źle: wie przecież, że jest w swoim mieście rodzinnym, rozumie swój język ojczysty – fiński i nawet nie ma mrozów. Zachciało mu się śmiać, co to za szaleństwo jakieś!

- A gały ci nie wypadną?

- Słucham? – zapytał.

Spod brwi zerkał na niego jakiś chłopiec, trochę wyższy i znacznie okrąglejszy. Miał twarz upstrzoną pryszczami i spierzchnięte wargi. Obryzał paznokcie, choć Artowi wystarczył jeden rzut oka, by stwierdzić, że nie ma tam nic do obgryzania. Chłopiec miał na sobie wielki T-shirt, tak wielki, że sięgał mu do kolan, nad którymi kryły się pewnie krótkie spodenki. Chłopiec miał też długie, skołtunione włosy. Fajne. Też bym takie zapuścił, pomyślał Arto, gdyby mama mi pozwoliła... Mama!

(s. 9-10)

W 2013 roku „Książka...” została uhonorowana prestiżową Finlandią Junior, a prawa do niej zostały sprzedane do Turcji i Estonii. Ukazało się już tłumaczenie duńskie (autorstwa Siri Nordborg Møller).

Tekst: Kreetta Onkeli
Projekt okładki: Ninka Reittu
Tytuł oryginału: Poika joka menetti muistinsa
Wyd. Otava 2013, s. 110

poniedziałek, 30 maja 2016

Markus Majaluoma, cykl: Hulda i Jalmari

Tym razem o wyborze książki, a właściwie cyklu książeczek do bloga, zdecydowała moja córka, nie ja. Bo ja, owszem, polubiłam, ale poprzestałabym, gdybym mogła, na jednej lekturze. Tymczasem od prawie tygodnia czytamy co wieczór po kilka-kilkanaście razy. (Czytanie polega zaś na symultanicznym tłumaczeniu na język polski, bo z zasady czytam małej wyłącznie po polsku).

Rzecz o książeczkach obrazkowych znanego juz w Polsce i wspomnianego tu wcześniej Markusa Majaluomy o Huldzie i jej tacie Jalmarim. Znamienne, że tata nie funkcjonuje tu jako tata, tatuś ani ojciec, lecz jako Jalmari właśnie. Hulda zaś, podobnie jak Anna Maria ze znanego u nas cyklu „Tato!”, nie rozstaje się ze smoczkiem i niewiele mówi, (a jeśli już, to uroczo sepleni), za to – działa. A to przyozdobi kapelusz obcej pani rybą, a to zakopie tatę w piasku, a to wyleje na niego wodę z wazonu... Moją córkę te opowieści (lub raczej: opowiastki) nieodmiennie rozśmieszają. Rozśmiesza również Jalmari, który pedałuje po plaży rowerem albo wyjada córce bułkę. Albo całym sobą próbuje postawić na swoim przy wyborze wieczornej lektury. Albo gubi Huldę na lotnisku... 




Książeczek jest w sumie pięć, tyle samo co tych o tacie, ale są przeznaczone dla nieco młodszych dzieci: krótsze, prostsze fabularnie. Kreska ta sama, doczekała się już swoich wielbicieli. O cyklu„Tato!” wciąż się w Polsce wspomina, ostatnio w Fajnedziecko.pl, kto wie, może i Hulda doczeka się polskiego wydawcy?

 

Tekst i ilustracje: Markus Majaluoma
Tytuły oryginału: Hulda ja Jalmari
Hulda kulta, luetaan iltasatu!
Hulda kulta, maailma on avara
Hulda kulta, tästä pääsee rannalle!
Suu auki, Hulda, Pottusammakko tulee!
wyd. WSOY

środa, 30 marca 2016

Réka Király, „Mała duża historia o jutrze” & Timo Parvela i Virpi Talvitie, „Karuzela”

Oto świeżynka z Polski:


W Finlandii książka ukazała się już w 2013 roku, ale przyznaję, że tym razem znam tylko tłumaczenie, które dopiero jakiś czas temu opuściło drukarnię. Wiem jednak od autorki tłumaczenia, Doroty Kyntäji, że w oryginale mamy do czynienia z historyjką napisaną prozą, podczas gdy polscy czytelnicy czytają opowieść wierszowaną. Zadanie przełożenia z prozy na rymowanki godne jest podziwu: my, wychowankowie Brzechwy i Tuwima, mamy na tym polu wysokie oczekiwania. Muszę jednak przyznać, że pomimo drobnych niedociągnięć (które powinna była wyłapać korekta) tłumaczenie jest naprawdę świetne. Mój ulubiony fragment:

Spójrz na Zaąca, tego wesołka. To podskok zrobi, to znów fikołka. Szalik założył, chociaż jest w futrze.
Sowa zaś myśli. Myśli o JUTRZE.

Fragment ów napisałam z pamięci, ponieważ książkę przeczytałam dziś wielokrotnie. Najpierw z ciekawości. Potem, żeby jeszcze pomyśleć, o czym dokładniej napiszę na blogu (bo już wiedziałam, że książka trafi na listę blogowych tytułów). A potem postanowiłam przetestować „Małą dużą historię o jutrze” na mojej córce i ta po każdorazowej lekturze prosiła „Jeszcze raz”. Dopiero po piątym razie przypomniała sobie o „Panu Kuleczce”, który jest u nas właśnie na tapecie.

Tytuł jest bardzo trafny: historia mała, bo można ją przeczytać w ciągu paru minut, lecz równocześnie duża, a nawet wielka, bo czyż nie taką kategorią jest czas? A o czasie tu mowa. Jedna z bohaterek, Sowa-puchacz nie zna znaczenia słowa ‘”jutro” i prosi przyjaciół o wytłumaczenie. Każde z nich, Myszka, Zając i Jeż, definiują jutro po swojemu, ale dopiero nieprzespana noc sprawi, że Sowa zrozumie, jaka tajemnica kryje się w tym słowie.

Wydawca kieruje książkę dla dzieci od roku do trzech lat. Zakładam jednak, że warto ją czytać również starszym pociechom. Fenomen czasu może zaintrygować równie dobrze pięcio- a nawet sześciolatki.

Cała opowieść jest bardzo dynamiczna. Do tego pokazuje znane dzieciom zwierzęta, o których mali czytelnicy mogą zdobyć ważne informacje. Dowiedzą się m.in. że sowy nie śpią w nocy, jeże żywią się żmijami (a nie jabłkami, jak to tradycyjnie prezentuje się w książeczkach dla dzieci), że myszy robią zapasy na zimę przez całe lato i wielu innych informacji, które powinien wiedzieć każdy przedszkolak.” – czytamy na blogu Anny Sikorskiej (http://annasikorska.blogspot.fi/2016/03/reka-kiraly-maa-duza-historia-o-jutrze.html

Nie do końca się z tym zgodzę. Po pierwsze o żmijach nie ma mowy, jeż wspomina za to dżdżownice, o których rozmawiał z rodziną. Po drugie, nie należy książki Király traktować jako przewodnika po świecie zwierząt choćby dlatego, że Zajączek wylicza, jakie słodycze znajdą się na przyjęciu Ptaka (tort, ciastka, guma do żucia). Ale prawdą jest, że książka, zarówno tekst, jak i ilustracje, podoba się przedszkolakom – przekonała mnie o tym moja trzyletnia córka.

O czasie w języku zrozumiałym dla dzieci fantastycznie pisze też Timo Parvela w „Karuzeli”, będącej kontynuacją tzw. trylogii podwórkowej (o pierwszej z cyklu „Huśtawce” pisałam w czerwcu ubiegłego roku). Czy drzewa postrzegają czas tak samo jak ludzie? Co może się zdarzyć w ciągu sekundy, minuty, godziny, a co w ciągu tygodnia lub roku? Czy czas upływa tak samo zimą i wiosną? Dlaczego czasem się dłuży, a czasem wykonuje wielkie skoki?


O „Karuzeli” nie chcę pisać zbyt wiele, pozostawię to krytykom i innym blogerom, gdy książka ukaże się po polsku (nastąpi to jeszcze w tym roku). Nie zdradzę jednak zbyt wiele, jeśli napiszę, że i tym razem duet Parvela i Talvitie trafia prosto do czytelniczych serc.Na razie jednak, kochani czytelnicy, czytajcie „Małą dużą historię o jutrze” – warto!

Tekst i ilustracje: Réka Király
Tytuł oryginału: Pieni suuri tarina huomisesta
Tłum. Dorota Kyntäjä
Wyd. Dreams 2016, s. 32

Tekst: Timo Parvela
Ilustracje, Virpi Talvitie
Tytuł oryginału: Karuselli
wyd. WSOY 2008, s. 67