wtorek, 30 sierpnia 2016

Kreetta Onkeli, Książka o chłopcu, który stracił pamięć

Dobra książka otwiera oczy. Wzrusza, rozśmiesza, intryguje, każe się zatrzymać, nie pozwala się zatrzymać albo wszystko to naraz. Trafia do wybrednych moli książkowych, uderza jak obuch w początkujących czytelników – albo jedno i drugie. Dobra książka pozostaje w głowie dłużej niż w rękach lub na ekranie. Do dobrej książki chce się wracać mimo istnienia innych dobrych książek. Jeśli wrócisz, mimo wszystko, a książka nadal spełnia powyższe wymogi, mam śmiałość nazwać ją bardzo dobrą.

„Książka o chłopcu, który stracił pamięć” jest bardzo dobra.



Z punktu widzenia tłumaczki dodam jeszcze jedno rozpoznawalne kryterium bardzo dobrej książki: czyta się ją z góry i/lub pod górkę, tłumaczy zawsze pod górę. Jakkolwiek pokrętnie to brzmi.

Poniżej próbka powstała w wielkich trudach:

Do tej pory Arto patrzył w górę. Teraz postanowił, że będzie utrzymywał wzrok na swojej wysokości. Na placu za Szklanym Pałacem nie było dzieci. Jedyne oczy będące na poziomie jego oczu, spoglądały w ziemię. Należały do żebraczki.  Bił od niej spokój. To dziwne, pomyślał Arto, bo przecież ręce i twarz ma brudne, połamane paznokcie, a ubrania jakieś takie staroświeckie. Jakby trochę... nie takie jak trzeba. Puchowa kurtka w upalny dzień? I jeszcze te filcowe kozaki, które kojarzą się od razu ze Świętym Mikołajem. Kozakom nigdzie się nie spieszyło; mijały je nogi ozdobione w najnowsze adidasy, skórzane botki i szpilki przypominające metalowe gwoździe. Kolorowe buty przeskakiwały i postukiwały, a kozaki szły. Ich właścicielka nie wydawała się ani trochę zmieszana, chociaż ze wszystkich mieszkańców Helsinek jej jest na pewno najgorzej.

A, jednak nie. Arto przypomniał sobie nagle, co go spotkało i poczuł, że spada na niego potężna ulewa rozżalonych myśli. Co tam ulewa, to był grad: grad żalu nad sobą! To on ma najgorzej. Nie dość, że stracił pamięć, to najwyraźniej nie pamięta go również nikt inny...  Zerknął znów na żebraczkę i poczuł dziwną siłę. Postanowił, że zachowa ten sam spokój, który wokół siebie roztaczała. Nawet jeśli niczego nie zdoła sobie sobie przypomnieć i nawet jeśli nie znajdzie nikogo znajomego, zachowa spokój. Popłoch na nic się nie przyda, przeciwnie; od tego może poczuć się tylko gorzej. A przecież nie jest tak do końca źle: wie przecież, że jest w swoim mieście rodzinnym, rozumie swój język ojczysty – fiński i nawet nie ma mrozów. Zachciało mu się śmiać, co to za szaleństwo jakieś!

- A gały ci nie wypadną?

- Słucham? – zapytał.

Spod brwi zerkał na niego jakiś chłopiec, trochę wyższy i znacznie okrąglejszy. Miał twarz upstrzoną pryszczami i spierzchnięte wargi. Obryzał paznokcie, choć Artowi wystarczył jeden rzut oka, by stwierdzić, że nie ma tam nic do obgryzania. Chłopiec miał na sobie wielki T-shirt, tak wielki, że sięgał mu do kolan, nad którymi kryły się pewnie krótkie spodenki. Chłopiec miał też długie, skołtunione włosy. Fajne. Też bym takie zapuścił, pomyślał Arto, gdyby mama mi pozwoliła... Mama!

(s. 9-10)

W 2013 roku „Książka...” została uhonorowana prestiżową Finlandią Junior, a prawa do niej zostały sprzedane do Turcji i Estonii. Ukazało się już tłumaczenie duńskie (autorstwa Siri Nordborg Møller).

Tekst: Kreetta Onkeli
Projekt okładki: Ninka Reittu
Tytuł oryginału: Poika joka menetti muistinsa
Wyd. Otava 2013, s. 110

poniedziałek, 30 maja 2016

Markus Majaluoma, cykl: Hulda i Jalmari

Tym razem o wyborze książki, a właściwie cyklu książeczek do bloga, zdecydowała moja córka, nie ja. Bo ja, owszem, polubiłam, ale poprzestałabym, gdybym mogła, na jednej lekturze. Tymczasem od prawie tygodnia czytamy co wieczór po kilka-kilkanaście razy. (Czytanie polega zaś na symultanicznym tłumaczeniu na język polski, bo z zasady czytam małej wyłącznie po polsku).

Rzecz o książeczkach obrazkowych znanego juz w Polsce i wspomnianego tu wcześniej Markusa Majaluomy o Huldzie i jej tacie Jalmarim. Znamienne, że tata nie funkcjonuje tu jako tata, tatuś ani ojciec, lecz jako Jalmari właśnie. Hulda zaś, podobnie jak Anna Maria ze znanego u nas cyklu „Tato!”, nie rozstaje się ze smoczkiem i niewiele mówi, (a jeśli już, to uroczo sepleni), za to – działa. A to przyozdobi kapelusz obcej pani rybą, a to zakopie tatę w piasku, a to wyleje na niego wodę z wazonu... Moją córkę te opowieści (lub raczej: opowiastki) nieodmiennie rozśmieszają. Rozśmiesza również Jalmari, który pedałuje po plaży rowerem albo wyjada córce bułkę. Albo całym sobą próbuje postawić na swoim przy wyborze wieczornej lektury. Albo gubi Huldę na lotnisku... 




Książeczek jest w sumie pięć, tyle samo co tych o tacie, ale są przeznaczone dla nieco młodszych dzieci: krótsze, prostsze fabularnie. Kreska ta sama, doczekała się już swoich wielbicieli. O cyklu„Tato!” wciąż się w Polsce wspomina, ostatnio w Fajnedziecko.pl, kto wie, może i Hulda doczeka się polskiego wydawcy?

 

Tekst i ilustracje: Markus Majaluoma
Tytuły oryginału: Hulda ja Jalmari
Hulda kulta, luetaan iltasatu!
Hulda kulta, maailma on avara
Hulda kulta, tästä pääsee rannalle!
Suu auki, Hulda, Pottusammakko tulee!
wyd. WSOY

środa, 30 marca 2016

Réka Király, „Mała duża historia o jutrze” & Timo Parvela i Virpi Talvitie, „Karuzela”

Oto świeżynka z Polski:


W Finlandii książka ukazała się już w 2013 roku, ale przyznaję, że tym razem znam tylko tłumaczenie, które dopiero jakiś czas temu opuściło drukarnię. Wiem jednak od autorki tłumaczenia, Doroty Kyntäji, że w oryginale mamy do czynienia z historyjką napisaną prozą, podczas gdy polscy czytelnicy czytają opowieść wierszowaną. Zadanie przełożenia z prozy na rymowanki godne jest podziwu: my, wychowankowie Brzechwy i Tuwima, mamy na tym polu wysokie oczekiwania. Muszę jednak przyznać, że pomimo drobnych niedociągnięć (które powinna była wyłapać korekta) tłumaczenie jest naprawdę świetne. Mój ulubiony fragment:

Spójrz na Zaąca, tego wesołka. To podskok zrobi, to znów fikołka. Szalik założył, chociaż jest w futrze.
Sowa zaś myśli. Myśli o JUTRZE.

Fragment ów napisałam z pamięci, ponieważ książkę przeczytałam dziś wielokrotnie. Najpierw z ciekawości. Potem, żeby jeszcze pomyśleć, o czym dokładniej napiszę na blogu (bo już wiedziałam, że książka trafi na listę blogowych tytułów). A potem postanowiłam przetestować „Małą dużą historię o jutrze” na mojej córce i ta po każdorazowej lekturze prosiła „Jeszcze raz”. Dopiero po piątym razie przypomniała sobie o „Panu Kuleczce”, który jest u nas właśnie na tapecie.

Tytuł jest bardzo trafny: historia mała, bo można ją przeczytać w ciągu paru minut, lecz równocześnie duża, a nawet wielka, bo czyż nie taką kategorią jest czas? A o czasie tu mowa. Jedna z bohaterek, Sowa-puchacz nie zna znaczenia słowa ‘”jutro” i prosi przyjaciół o wytłumaczenie. Każde z nich, Myszka, Zając i Jeż, definiują jutro po swojemu, ale dopiero nieprzespana noc sprawi, że Sowa zrozumie, jaka tajemnica kryje się w tym słowie.

Wydawca kieruje książkę dla dzieci od roku do trzech lat. Zakładam jednak, że warto ją czytać również starszym pociechom. Fenomen czasu może zaintrygować równie dobrze pięcio- a nawet sześciolatki.

Cała opowieść jest bardzo dynamiczna. Do tego pokazuje znane dzieciom zwierzęta, o których mali czytelnicy mogą zdobyć ważne informacje. Dowiedzą się m.in. że sowy nie śpią w nocy, jeże żywią się żmijami (a nie jabłkami, jak to tradycyjnie prezentuje się w książeczkach dla dzieci), że myszy robią zapasy na zimę przez całe lato i wielu innych informacji, które powinien wiedzieć każdy przedszkolak.” – czytamy na blogu Anny Sikorskiej (http://annasikorska.blogspot.fi/2016/03/reka-kiraly-maa-duza-historia-o-jutrze.html

Nie do końca się z tym zgodzę. Po pierwsze o żmijach nie ma mowy, jeż wspomina za to dżdżownice, o których rozmawiał z rodziną. Po drugie, nie należy książki Király traktować jako przewodnika po świecie zwierząt choćby dlatego, że Zajączek wylicza, jakie słodycze znajdą się na przyjęciu Ptaka (tort, ciastka, guma do żucia). Ale prawdą jest, że książka, zarówno tekst, jak i ilustracje, podoba się przedszkolakom – przekonała mnie o tym moja trzyletnia córka.

O czasie w języku zrozumiałym dla dzieci fantastycznie pisze też Timo Parvela w „Karuzeli”, będącej kontynuacją tzw. trylogii podwórkowej (o pierwszej z cyklu „Huśtawce” pisałam w czerwcu ubiegłego roku). Czy drzewa postrzegają czas tak samo jak ludzie? Co może się zdarzyć w ciągu sekundy, minuty, godziny, a co w ciągu tygodnia lub roku? Czy czas upływa tak samo zimą i wiosną? Dlaczego czasem się dłuży, a czasem wykonuje wielkie skoki?


O „Karuzeli” nie chcę pisać zbyt wiele, pozostawię to krytykom i innym blogerom, gdy książka ukaże się po polsku (nastąpi to jeszcze w tym roku). Nie zdradzę jednak zbyt wiele, jeśli napiszę, że i tym razem duet Parvela i Talvitie trafia prosto do czytelniczych serc.Na razie jednak, kochani czytelnicy, czytajcie „Małą dużą historię o jutrze” – warto!

Tekst i ilustracje: Réka Király
Tytuł oryginału: Pieni suuri tarina huomisesta
Tłum. Dorota Kyntäjä
Wyd. Dreams 2016, s. 32

Tekst: Timo Parvela
Ilustracje, Virpi Talvitie
Tytuł oryginału: Karuselli
wyd. WSOY 2008, s. 67




niedziela, 28 lutego 2016

Kira Poutanen, "Cudowne morze"

Cudowne morze. Cudowna książka. Już lata temu próbowałam namówić na nią wydawców, ale dotychczas nikt się nie skusił. Może temat anoreksji jest już przebrzmiały? Może książek o anoreksji jest wystarczająco wiele? Z drugiej strony „Cudowne morze” Kiry Poutanen to znacznie więcej niż zapis problemów żywieniowych dorastającej dziewczyny. To pamiętnik wrażliwca, który na swój sposób walczy z konwencjami i zastaną rzeczywistością, w której szkoła równa jest arenie walk o to, kto lepszy, ładniejszy i bardziej popularny, a równouprawnienie to wyłącznie czcze hasło. To także powieść rozwojowa, psychologiczna i poetycka zarazem. Napisana pięknym językiem, z jednej strony wciąga, z drugiej – każe się zatrzymać i zastanowić nad refleksjami piętnastoletniej Julii. Co najważniejsze: sprawdza się przy wielokrotnej lekturze.


Wśród fińskich blogerów książka wzbudziła dyskusję na temat jej ewentualnego wpływu na postrzeganie własnego ciała. Kilka użytkowniczek przyznało, że czytając tę powieść nabrało ochotę na odchudzanie się, ktoś wyjawił, że zaczął uprawiać jogging (zakończył jednak w dniu, w którym zakończył także lekturę). Pojawiło się też pytanie, czy warto polecać tę powieść chorującym na anoreksję?

Kira Poutanen napisała jeszcze kilka powieści dla dorosłych, ale te należą już do chick litu niezbyt wysokich lotów. „Cudowne morze” jest zaś debiutem ambitnym, obiecującym i naprawdę godnym polecenia. Książkę przetłumaczono na język duński, łotewski i węgierski. W roku ukazania się została uhonorowana prestiżową nagrodą Finlandia Junior.

Tytuł oryginału: Ihana meri
wyd. Otava 2001, s. 187


poniedziałek, 8 lutego 2016

Päivi Franzon, Sari Airola, "Buty smutku"

Poruszyłam już temat śmierci w literaturze dzieciecej (patrz wpis grudniowy z 2014 roku). Pisałam też o książce Päivi Franzon i Sari Airoli (sierpień 2015). Dziś jednak muszę choć w kilku słowach przedstawić ”Buty smutku” tych samych autorek.


Znów, jak przy okazji ”Dziewczynki wędrownej” , staję bezradna wobec wspaniałości ilustracji. Brakuje mi wykształcenia, warsztatu i słów, by wyrazić, jak bardzo są piękne, jak głęboko wnikają w czytelniczą wrażliwość. Pozostaje mi tylko wkleić zdjęcie okładki:


Głównym bohaterem książki jest Eemi. Nie wiemy, ile ma lat, może pięć? W każdym razie w decydującej chwili okaże się dojrzalszy od własnych rodziców. Znamy za to wiek jego babci: babcia ma już 80 lat, zmarszczki, które zmieniają miejsce, kiedy się uśmiecha i kok, który się rozpuszcza, kiedy razem z Eemim bujają się na huśtawce. Razem robią też inne rzeczy: chodzą na przykład na ryby,bo to zajęcie akurat dla tych, którzy mają dużo czasu.

Wspólny czas jednak nagle się  kończy. Pewnego dnia rodzice mówią Eemiemu o jakimś tajemniczym raku, który zamieszkał w babci brzuchu, a niedługo potem – o tym, że babcia usnęła na zawsze. Nie mają odwagi powiedzieć, że babcia umarła. Mówi to Eemi. Samotnie walczy ze smutkiem, wielką gulą, która rośnie mu w gardle. Samotnie walczy ze wspomnieniami, które zmywają fale, lecz jedną z nich wiatr poniósł aż do jego butów. Wspomnienia wróciły płaczem kryjącym się pod powiekami.

Eemi ma dość smutku, który sprawia, że jego buty zostawiają w piasku wielkie, ciężkie ślady. Nie potrafi zapomnieć o babci, ale też nie ma siły tęsknić za nią w pojedynkę. Babcia nie żyje! – krzyczy więc. Babcia umarła!



Dopiero wówczas również mama potrafi się rozpłakać. I podziękować Eemiemu, że potrafił powiedzieć na głos o tym, o czym wszyscy milczeli. Bo ona też ma swoją gule smutku, która rosła od tchórzliwego milczenia…

Nie mam żalu do rodziców Eemiego. Chyba często my, dorośli, staramy się na siłę być “dzielni”. Ta książka może stanowić pomoc dla tych wszystkich, których przerasta mówienie o rzeczach trudnych i niewygodnych.



Päivi Franzon & Sari Airola, Buty smutku
Tytuł oryginału: Surusaappaat
wyd. Lasten Keskus 2006, 28 s.